siedzimy w pociągu do Inverness. pół godziny temu pożegnaliśmy się z Edim (tak Edynburga tubylcy mówią na swoje miasto) i teraz zmierzamy przez Highlands w kierunku Isle of Skye, gdzie spędzimy ponad dwa dni.
ale wróćmy może do Ediego, bo Michasiowa notka urywa się w momencie dotarcia do miasta. nam się urwał tego wieczoru film, ale to za chwilę, bo wcześniej, po załadowaniu się do hostelu i krótkim odpoczynku, ruszyliśmy na szybki rekonesans po okolicy, który zakończył się spotkaniem z dawno nie widzianą przyjaciółką Michasia z liceum.
Edynburg jest śliczny. jakbym miał porównać do polskich miast to chyba najbardziej pasowałoby połączenie Trójmiasta i Wrocławia - mnóstwo starej, klimatycznej zabudowy. *tutaj pióroturę przejmuje Michaś; dzień dobry państwu, dziękuję za liczne przybycie.* pierwszego wieczora nie mieliśmy wiele czasu, pobiegaliśmy tylko po Starym Smrodkowie - średniowieczna część Edynburga nazywa się "Auld Reekie" - i przekroczyliśmy wiadukt ponad ponurym, przemysłowym wąwozem dworca, by spotkać Magdę na głównej ulicy Nowego Miasta.
tak naprawdę istnieją dwa Edynburgi: południowa część miasta to starożytne, ponure transylwańskie miasteczko rozsypane na kilku stromych wulkanicznych pagórkach, północna jest zaś bardziej płaskim i regularnym osiemnastowiecznym remedium na zatłoczone i śmierdzące stare miasto. wracając jednak do części towarzyskiej wieczoru, spędziliśmy go nadzwyczaj miło i przyjemnie w towarzystwie Magdy i Roberta, a później teź ich współlokatora, poznając uroki whisky. Grzesiek nigdy nie lubił rudej na myszach pędzonej, ja pijałem ją bardziej jako trunek snobistyczny niż smaczny, ale dzięki Robertowi i jego doświadczeniu w prowadzeniu hotelowego baru zmieniliśmy podejście o sto osiemdziesiąt stopni. wystarczy znaleźć dobrą whisky.
mamy już zatem listę pierwszych rzeczy, które w Wielkiej Brytanii przypadły nam do gustu. otwiera ją Jameson - irlandzka, a nie szkocka - a dalej tkwi śmiesznie łagodne piwo John Smith's Extra Smooth, którym Grzesiek popijał piątkowy lunch. mnie strasznie spodobał się tartan klanu Buchanan, który wcale nie jest w szkocką kratkę, tylko zabawnie żółto-fioletowy. i oczywiście nielimitowany internet za pięć funtów miesięcznie w T-Mobile! nie polubiliśmy za to ruchu lewostronnego; jednak ciężko się przestawić, zwłaszcza w mieście, które chorobliwie remontuje przejścia dla pieszych i nie bardzo wiadomo, którędy iść. kraczemy jak tutejsze wrony, bo już nauczyliśmy się od Szkotów przechodzić nieprzepisowo - mało kto ma cierpliwość, by szukać działających świateł i jeszcze czekać godzinami, aż włączy się zielone.
piątek był dniem wielkiej gonitwy. mieliśmy cały dzień i tylko dzień na poznanie Edynburga. przemogliśmy poranną niemoc, zwlekliśmy się z łóżek i ruszyliśmy na Auld Reekie. (wystarczyło wyjść z hostelu, bo mieszkaliśmy przy głównej ulicy.) praktycznie wszystko w tej części miasta jest gotyckie i autentyczne. od głównego traktu - Królewskiej Mili - odbiegają closes, czyli kalekie dzieci podwórka i ulicy, powykrzywiane, wąziutkie, wbiegające i opadające stromymi schodami z wzniesienia. stare miasto zaskakuje różnicami poziomów. trzykondygnacyjne budynki okazują się sześciokondygnacyjnymi, kiedy skręcisz za róg i zobaczysz, że przecznica nie jest przecznicą, ale wciśniętą w ciemnoszary kamienny kanion osobną ulicą dziesięć lub więcej metrów niżej.
wszystkie te różnice wysokości, schodki o uroczych nazwach ("Granny's Green Steps", czyli "Zielone Stopnie Babuni", na których odczuliśmy poważne wzmożenie kaca.), kamienne krużganki, blanki, przypory i wieżyczki składają się na wrażenie, że jesteśmy za kulisami jakiejś bajki. aczkolwiek wystarczy lekko poskrobać paznokciem, żeby pod warstwą disneya znaleźć bardziej mroczne i pokręcone historie. (w pochmurne dni musi to być wyjątkowo przygnębiający krajobraz.) dodatkowo wzmacniają ten efekt groteski atrakcje trwającego festiwalu teatralnego, który pierwszy raz objawił nam się w postaci grupy ludzi w najprzeróżniejszych kostiumach: Śnieżki, Supermana, Człowieka W Całości Spowitego W Obcisły Fioletowy Kombinezon Zasłaniający Głowę I Twarz. festiwal skończy się w niedzielę spektakularnym pokazem fajerwerków i trochę żałujemy, że nie będziemy mieli okazji tego zobaczyć. tym bardziej mamy powód do powrotu. musimy zresztą zobaczyć wszystkie rzeczy, o których opowiedzieli nam Magda i Robert, a na które nie starczyło nam czasu: widokowe Wzgórze Artura nad miastem, dawne ulice zamurowane pod powierzchnią ulic Starego Miasta, Dynamic Earth, czyli interaktywne muzeum geologii, luksusowy liniowiec oceaniczny (obecnie statyczny.) Britannia. jeden dzień na Edynburg to za mało, dużo za mało.
oczywiście, oprócz rzeczy, których nie widzieliśmy, są miejsca, które zobaczyliśmy. zamek i pałac na obu końcach Królewskiej Mili nie zwiały nam czapek z głów, (szczególnie zamek, którego zewnętrzny dziedziniec został pożarty przez drucianego potwora - trybunę przygotowaną na okoliczność ceremonialnej zmiany warty, która odbywa się tam okazjonalnie. z daleka wygląda to tak, jak gdyby na zamku zacumował latający stadion.), za to katedrę odwiedziliśmy dwa razy, żeby zrobić porządną sesję zdjęciową witrażom. w tej części miasta pełno jest gotyckiego detalu, gapiliśmy się na różne detale godzinami.
Nowe Miasto jest spokojniejsze, georgiańsko-wiktoriańskie, takie marzenie wyższej klasy średniej. szerokie ulice, owalne place, uładzone domki licowane kamieniem i z kolorowymi drzwiami. zaraz przy dworcu stoi dowód, że to brytyjczycy byli pierwszymi ludźmi w kosmosie - dziewiętnastowieczny pomnik Waltera Scotta zasiada pośrodku absurdalnej neogotyckiej rakiety kosmicznej z iglicą wycelowaną w niebo. skrajem śródmieścia wije się rzeczka Water of Leith, dawniej spiętrzana przez jedenaście młynów, obecnie zamieniona w trakt rekreacyjny z sielskimi, zupełnie nie miejskimi widokami i wyskakującym znienacka niebotycznym mostem spinającym kilkanaście pięter wyżej skraje doliny. podążyliśmy za wodą do ogrodu botanicznego, bo przecież nie potrafimy odpuścić sobie dobrej okazji do makrofotografii roślinek, a była to zaiste fajna okazja. szykujcie się, będziecie zamęczani zbliżeniami storczyków. Magda już przez to bohatersko przeszła.
a teraz opuściliśmy już Ediego, śmigamy po głowie i kapeluszu czarownicy. (jak spojrzycie na mapę przymrujżając oko, Wielka Brytania wygląda trochę jak siedząca na miotle kobieta w spiczastej czapce.) specjalnie wybraliśmy pociąg, który przejeżdżał przez najstarszy na świecie kratownicowy most kolejowy nad fiordem Forth. (każda podróż przebiega szlakiem czegoś, my wybieramy na razie szlak ogrodów botanicznych i zabytków przemysłu.) most jest ogromny nawet z daleka, a z bliska zupełnie obezwładnia masywnymi belkami nośnymi; Wieża Eiffla wysiada! przecięliśmy już Fife, zgubiliśmy wybrzeże i jesteśmy w zamglonych górach (Grampiany; mamy idealny okres, wrzosowiska zaczynają kwitnąć.), a niedawno byliśmy nawet w Australii - przejeżdżaliśmy przez Perth. będziemy też niedaleko doliny rzeki Dee z zamkiem Balmoral, gdzie dziś powinna gościć rodzina królewska z okazji corocznego zjazdu szkockich klanów. potem półtoragodzinna przesiadka w Inverness; może skusimy się na wycieczkę busem nad Loch Ness, ale raczej skusimy się na lunch. co przypomina mi, że w torbie czeka ostatni opieczony crumpet i słoik nutelli. i wielki nóż z zawiniętym czubkiem, którego muszę użyć na oczach współpasażerów do posmarowania jednego drugim. może nie wyrzucą mnie z tego powodu z pociągu!
pe_es: ostatecznie posmarowałem paluchem; mniam! a notka wrzucona dopiero z Hebrydów; w pociągu było różnie z internetem, potem okazało się, że na Skye jest ciężko nawet z telefonem, więc kupiliśmy płatne wifi na jeden dzień.
ale wróćmy może do Ediego, bo Michasiowa notka urywa się w momencie dotarcia do miasta. nam się urwał tego wieczoru film, ale to za chwilę, bo wcześniej, po załadowaniu się do hostelu i krótkim odpoczynku, ruszyliśmy na szybki rekonesans po okolicy, który zakończył się spotkaniem z dawno nie widzianą przyjaciółką Michasia z liceum.
Edynburg jest śliczny. jakbym miał porównać do polskich miast to chyba najbardziej pasowałoby połączenie Trójmiasta i Wrocławia - mnóstwo starej, klimatycznej zabudowy. *tutaj pióroturę przejmuje Michaś; dzień dobry państwu, dziękuję za liczne przybycie.* pierwszego wieczora nie mieliśmy wiele czasu, pobiegaliśmy tylko po Starym Smrodkowie - średniowieczna część Edynburga nazywa się "Auld Reekie" - i przekroczyliśmy wiadukt ponad ponurym, przemysłowym wąwozem dworca, by spotkać Magdę na głównej ulicy Nowego Miasta.
tak naprawdę istnieją dwa Edynburgi: południowa część miasta to starożytne, ponure transylwańskie miasteczko rozsypane na kilku stromych wulkanicznych pagórkach, północna jest zaś bardziej płaskim i regularnym osiemnastowiecznym remedium na zatłoczone i śmierdzące stare miasto. wracając jednak do części towarzyskiej wieczoru, spędziliśmy go nadzwyczaj miło i przyjemnie w towarzystwie Magdy i Roberta, a później teź ich współlokatora, poznając uroki whisky. Grzesiek nigdy nie lubił rudej na myszach pędzonej, ja pijałem ją bardziej jako trunek snobistyczny niż smaczny, ale dzięki Robertowi i jego doświadczeniu w prowadzeniu hotelowego baru zmieniliśmy podejście o sto osiemdziesiąt stopni. wystarczy znaleźć dobrą whisky.
mamy już zatem listę pierwszych rzeczy, które w Wielkiej Brytanii przypadły nam do gustu. otwiera ją Jameson - irlandzka, a nie szkocka - a dalej tkwi śmiesznie łagodne piwo John Smith's Extra Smooth, którym Grzesiek popijał piątkowy lunch. mnie strasznie spodobał się tartan klanu Buchanan, który wcale nie jest w szkocką kratkę, tylko zabawnie żółto-fioletowy. i oczywiście nielimitowany internet za pięć funtów miesięcznie w T-Mobile! nie polubiliśmy za to ruchu lewostronnego; jednak ciężko się przestawić, zwłaszcza w mieście, które chorobliwie remontuje przejścia dla pieszych i nie bardzo wiadomo, którędy iść. kraczemy jak tutejsze wrony, bo już nauczyliśmy się od Szkotów przechodzić nieprzepisowo - mało kto ma cierpliwość, by szukać działających świateł i jeszcze czekać godzinami, aż włączy się zielone.
piątek był dniem wielkiej gonitwy. mieliśmy cały dzień i tylko dzień na poznanie Edynburga. przemogliśmy poranną niemoc, zwlekliśmy się z łóżek i ruszyliśmy na Auld Reekie. (wystarczyło wyjść z hostelu, bo mieszkaliśmy przy głównej ulicy.) praktycznie wszystko w tej części miasta jest gotyckie i autentyczne. od głównego traktu - Królewskiej Mili - odbiegają closes, czyli kalekie dzieci podwórka i ulicy, powykrzywiane, wąziutkie, wbiegające i opadające stromymi schodami z wzniesienia. stare miasto zaskakuje różnicami poziomów. trzykondygnacyjne budynki okazują się sześciokondygnacyjnymi, kiedy skręcisz za róg i zobaczysz, że przecznica nie jest przecznicą, ale wciśniętą w ciemnoszary kamienny kanion osobną ulicą dziesięć lub więcej metrów niżej.
wszystkie te różnice wysokości, schodki o uroczych nazwach ("Granny's Green Steps", czyli "Zielone Stopnie Babuni", na których odczuliśmy poważne wzmożenie kaca.), kamienne krużganki, blanki, przypory i wieżyczki składają się na wrażenie, że jesteśmy za kulisami jakiejś bajki. aczkolwiek wystarczy lekko poskrobać paznokciem, żeby pod warstwą disneya znaleźć bardziej mroczne i pokręcone historie. (w pochmurne dni musi to być wyjątkowo przygnębiający krajobraz.) dodatkowo wzmacniają ten efekt groteski atrakcje trwającego festiwalu teatralnego, który pierwszy raz objawił nam się w postaci grupy ludzi w najprzeróżniejszych kostiumach: Śnieżki, Supermana, Człowieka W Całości Spowitego W Obcisły Fioletowy Kombinezon Zasłaniający Głowę I Twarz. festiwal skończy się w niedzielę spektakularnym pokazem fajerwerków i trochę żałujemy, że nie będziemy mieli okazji tego zobaczyć. tym bardziej mamy powód do powrotu. musimy zresztą zobaczyć wszystkie rzeczy, o których opowiedzieli nam Magda i Robert, a na które nie starczyło nam czasu: widokowe Wzgórze Artura nad miastem, dawne ulice zamurowane pod powierzchnią ulic Starego Miasta, Dynamic Earth, czyli interaktywne muzeum geologii, luksusowy liniowiec oceaniczny (obecnie statyczny.) Britannia. jeden dzień na Edynburg to za mało, dużo za mało.
oczywiście, oprócz rzeczy, których nie widzieliśmy, są miejsca, które zobaczyliśmy. zamek i pałac na obu końcach Królewskiej Mili nie zwiały nam czapek z głów, (szczególnie zamek, którego zewnętrzny dziedziniec został pożarty przez drucianego potwora - trybunę przygotowaną na okoliczność ceremonialnej zmiany warty, która odbywa się tam okazjonalnie. z daleka wygląda to tak, jak gdyby na zamku zacumował latający stadion.), za to katedrę odwiedziliśmy dwa razy, żeby zrobić porządną sesję zdjęciową witrażom. w tej części miasta pełno jest gotyckiego detalu, gapiliśmy się na różne detale godzinami.
Nowe Miasto jest spokojniejsze, georgiańsko-wiktoriańskie, takie marzenie wyższej klasy średniej. szerokie ulice, owalne place, uładzone domki licowane kamieniem i z kolorowymi drzwiami. zaraz przy dworcu stoi dowód, że to brytyjczycy byli pierwszymi ludźmi w kosmosie - dziewiętnastowieczny pomnik Waltera Scotta zasiada pośrodku absurdalnej neogotyckiej rakiety kosmicznej z iglicą wycelowaną w niebo. skrajem śródmieścia wije się rzeczka Water of Leith, dawniej spiętrzana przez jedenaście młynów, obecnie zamieniona w trakt rekreacyjny z sielskimi, zupełnie nie miejskimi widokami i wyskakującym znienacka niebotycznym mostem spinającym kilkanaście pięter wyżej skraje doliny. podążyliśmy za wodą do ogrodu botanicznego, bo przecież nie potrafimy odpuścić sobie dobrej okazji do makrofotografii roślinek, a była to zaiste fajna okazja. szykujcie się, będziecie zamęczani zbliżeniami storczyków. Magda już przez to bohatersko przeszła.
a teraz opuściliśmy już Ediego, śmigamy po głowie i kapeluszu czarownicy. (jak spojrzycie na mapę przymrujżając oko, Wielka Brytania wygląda trochę jak siedząca na miotle kobieta w spiczastej czapce.) specjalnie wybraliśmy pociąg, który przejeżdżał przez najstarszy na świecie kratownicowy most kolejowy nad fiordem Forth. (każda podróż przebiega szlakiem czegoś, my wybieramy na razie szlak ogrodów botanicznych i zabytków przemysłu.) most jest ogromny nawet z daleka, a z bliska zupełnie obezwładnia masywnymi belkami nośnymi; Wieża Eiffla wysiada! przecięliśmy już Fife, zgubiliśmy wybrzeże i jesteśmy w zamglonych górach (Grampiany; mamy idealny okres, wrzosowiska zaczynają kwitnąć.), a niedawno byliśmy nawet w Australii - przejeżdżaliśmy przez Perth. będziemy też niedaleko doliny rzeki Dee z zamkiem Balmoral, gdzie dziś powinna gościć rodzina królewska z okazji corocznego zjazdu szkockich klanów. potem półtoragodzinna przesiadka w Inverness; może skusimy się na wycieczkę busem nad Loch Ness, ale raczej skusimy się na lunch. co przypomina mi, że w torbie czeka ostatni opieczony crumpet i słoik nutelli. i wielki nóż z zawiniętym czubkiem, którego muszę użyć na oczach współpasażerów do posmarowania jednego drugim. może nie wyrzucą mnie z tego powodu z pociągu!
pe_es: ostatecznie posmarowałem paluchem; mniam! a notka wrzucona dopiero z Hebrydów; w pociągu było różnie z internetem, potem okazało się, że na Skye jest ciężko nawet z telefonem, więc kupiliśmy płatne wifi na jeden dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz