jest barbarzyńska godzina 5:58 rano. drugi raz w ciągu ostatniego tygodnia wstajemy przed wschodem słońca. a wszystko to dlatego, że mamy wakacje! no bo kto by się poświęcał i wstawał tak wcześnie do pracy? o tej godzinie to tylko dzikie psy po polach biegają. i mleczarze. o ile jeszcze taki zawód istnieje.
pociąg sygnalizuje odjazd, znaczy ruszamy. mamy wielką nadzieję ZOBACZYĆ most z Harry'ego Pottera. (Michaś dopisuje, że ów Glenfinnan Viaduct ma dwadzieścia osiem czy dwadzieścia dziewięć przęseł i cały idzie po łuku!) czy się uda, dowiemy się w ciągu pół godziny, jeżeli słońce zdąży wyjść zza gór. w razie czego są pocztówki. i Harry Potter.
żegnamy się już z Isle of Skye po drugiej stronie cieśniny, a za jakiś czas pożegnamy się ze Szkocją, jak tylko zmienimy pociąg w Glasgow. w związku z czym dokonam szybkiego przeglądu ostatniego dnia, bo z racji braku weny twórczej olaliśmy chwilowo aktualizacje dziennika. a było tak:
w poniedziałkowy poranek zwlekliśmy się z łóżka około dziewiątej rano i spokojnie zebraliśmy się na autobus o 10:15. mogliśmy tym busem dojechać aż do portu, z którego planowaliśmy przeprawę promem z powrotem na większy ląd, ale postanowiliśmy sobie zrobić przystanek w Broadford. jak już pisałem, jets to tutejszy węzeł komunikacyjny i poza tym nie posiada żadnego innego znaczenia. parę domków na krzyż, niewielki port i tyle. Michaś pobiegał trochę po plaży, pogadał z panem zbierającym ślimaki, znalazł mnóstwo życia w nieckach poprzypływowych, ja dałem się przewiać na molo i to tyle, co zrobiliśmy w Broadford. no dobrze, wsiedliśmy tam jeszcze w autobus w dalszą drogę. po pół godzinie byliśmy już w Armadale i musieliśmy tylko poczekać 20 minut na prom. szybko przeprawiliśmy się na drugą stronę wody i wylądowaliśmy w Mallaig - zadupiu, w którym z niewiadomych przyczyn były tłumy ludzi i siedziały w knajpach przepłacając za świeże ryby i inne owoce morza. planowaliśmy jakiś wypad w okolice, ale mnie zaczął boleć brzuch od tego przewiania wcześniej, a poza tym zaczęło WIAĆ. i tak wiało aż do momentu opuszczenia przez nas tej dziury. dodam tylko, że Michaś dorwał się w sklepie do krewetek w pancerzykach i dzielnie je sobie obierał w hostelu z pancerzyków do kolacji. i do tego właściwie ograniczyła się nasza wczorajsza aktywność. poszliśmy spać około dziesiątej wieczorem mając w perspektywie pobudkę o piątej trzydzieści. i tak nastało dzisiaj.
a teraz jedziemy pociągiem do Glasgow i rozdziawiamy japy podziwiając wschód słońca za oknem.
pociąg sygnalizuje odjazd, znaczy ruszamy. mamy wielką nadzieję ZOBACZYĆ most z Harry'ego Pottera. (Michaś dopisuje, że ów Glenfinnan Viaduct ma dwadzieścia osiem czy dwadzieścia dziewięć przęseł i cały idzie po łuku!) czy się uda, dowiemy się w ciągu pół godziny, jeżeli słońce zdąży wyjść zza gór. w razie czego są pocztówki. i Harry Potter.
żegnamy się już z Isle of Skye po drugiej stronie cieśniny, a za jakiś czas pożegnamy się ze Szkocją, jak tylko zmienimy pociąg w Glasgow. w związku z czym dokonam szybkiego przeglądu ostatniego dnia, bo z racji braku weny twórczej olaliśmy chwilowo aktualizacje dziennika. a było tak:
w poniedziałkowy poranek zwlekliśmy się z łóżka około dziewiątej rano i spokojnie zebraliśmy się na autobus o 10:15. mogliśmy tym busem dojechać aż do portu, z którego planowaliśmy przeprawę promem z powrotem na większy ląd, ale postanowiliśmy sobie zrobić przystanek w Broadford. jak już pisałem, jets to tutejszy węzeł komunikacyjny i poza tym nie posiada żadnego innego znaczenia. parę domków na krzyż, niewielki port i tyle. Michaś pobiegał trochę po plaży, pogadał z panem zbierającym ślimaki, znalazł mnóstwo życia w nieckach poprzypływowych, ja dałem się przewiać na molo i to tyle, co zrobiliśmy w Broadford. no dobrze, wsiedliśmy tam jeszcze w autobus w dalszą drogę. po pół godzinie byliśmy już w Armadale i musieliśmy tylko poczekać 20 minut na prom. szybko przeprawiliśmy się na drugą stronę wody i wylądowaliśmy w Mallaig - zadupiu, w którym z niewiadomych przyczyn były tłumy ludzi i siedziały w knajpach przepłacając za świeże ryby i inne owoce morza. planowaliśmy jakiś wypad w okolice, ale mnie zaczął boleć brzuch od tego przewiania wcześniej, a poza tym zaczęło WIAĆ. i tak wiało aż do momentu opuszczenia przez nas tej dziury. dodam tylko, że Michaś dorwał się w sklepie do krewetek w pancerzykach i dzielnie je sobie obierał w hostelu z pancerzyków do kolacji. i do tego właściwie ograniczyła się nasza wczorajsza aktywność. poszliśmy spać około dziesiątej wieczorem mając w perspektywie pobudkę o piątej trzydzieści. i tak nastało dzisiaj.
a teraz jedziemy pociągiem do Glasgow i rozdziawiamy japy podziwiając wschód słońca za oknem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz