serdecznie przepraszamy miasto Łódź za nieprzyjemne komentarze wygłaszane pod jego adresem podczas niemal godzinnej jazdy [z przesiadką] z lotniska na dworzec. zjadliwość naszych osądów była oczywiście wynikiem szoku kulturowego po przylocie z Wielkiej Brytanii.
linii Ryanair nie przepraszamy.
środa, 22 września 2010
wtorek, 21 września 2010
niedziela, 19 września 2010
Benedykt znienacka
wydawałoby się, że mieszkając na przedmieściach uda nam się nie być w centrum wydarzeń, ale nie. papież przyjechał naszym śladem i odprawia mszę dwa kilometry stąd. ciekawe, czy wpadniemy przez to w korki.
sobota, 18 września 2010
Znowu na północ
byliśmy dziś na lotnisku Gatwick, ale to jeszcze nie powrót. po prostu przesiadaliśmy się tam z pociągu z Brighton w pociąg do Reading.
obudziliśmy się nieopodal kredowych klifów Sussex, idziemy spać w środkowej, przemysłowej części Anglii, ponad dwieście kilometrów na północ. jesteśmy w Birmingham, u Lorny i Verna, znajomych Grześka. zostaniemy tu już do końca, czyli do środy. aczkolwiek urządzimy sobie jednodniową wycieczkę do Walii.
Lorna jest obezwładniająco gościnna. zjedliśmy już dwie kolacje, z czego jedna składała się wyłącznie z deseru. gorący, parujący pudding z kusztardą, mniam. jesteśmy napchani jak po Wigilii. ponadto czeka nas w ostatnich dniach wiele ruchu, Lorna zaplanowała dla nas masę dodatkowych atrakcji.
przez większość dnia włóczyliśmy się po Oksfordzie. jedno z najbogatszych skupisk gotyku na świecie, ale mamy już przesyt i nie zrobiło na nas takiego wrażenia. poszczególne detale są arcyciekawe, ale całość jest tak przeładowana, że zlewa się ze sobą. udało nam się za to zobaczyć nowy rodzaj sklepień, których wcześniej nigdzie nie uświadczyliśmy. gapiliśmy się w sufit katedry przez dobre dziesięć minut.
a teraz wracam do oglądania jednym okiem uroczystej zmiany warty na zamku w Edynburgu. już dwa tygodnie temu widzieliśmy trybuny szpecące zewnętrzny dziedziniec, ustawione specjalnie na tę okazję. komentarz jest po gaelicku.
obudziliśmy się nieopodal kredowych klifów Sussex, idziemy spać w środkowej, przemysłowej części Anglii, ponad dwieście kilometrów na północ. jesteśmy w Birmingham, u Lorny i Verna, znajomych Grześka. zostaniemy tu już do końca, czyli do środy. aczkolwiek urządzimy sobie jednodniową wycieczkę do Walii.
Lorna jest obezwładniająco gościnna. zjedliśmy już dwie kolacje, z czego jedna składała się wyłącznie z deseru. gorący, parujący pudding z kusztardą, mniam. jesteśmy napchani jak po Wigilii. ponadto czeka nas w ostatnich dniach wiele ruchu, Lorna zaplanowała dla nas masę dodatkowych atrakcji.
przez większość dnia włóczyliśmy się po Oksfordzie. jedno z najbogatszych skupisk gotyku na świecie, ale mamy już przesyt i nie zrobiło na nas takiego wrażenia. poszczególne detale są arcyciekawe, ale całość jest tak przeładowana, że zlewa się ze sobą. udało nam się za to zobaczyć nowy rodzaj sklepień, których wcześniej nigdzie nie uświadczyliśmy. gapiliśmy się w sufit katedry przez dobre dziesięć minut.
a teraz wracam do oglądania jednym okiem uroczystej zmiany warty na zamku w Edynburgu. już dwa tygodnie temu widzieliśmy trybuny szpecące zewnętrzny dziedziniec, ustawione specjalnie na tę okazję. komentarz jest po gaelicku.
piątek, 17 września 2010
czwartek, 16 września 2010
Londyn na wakacjach
cztery i pół dnia w Londynie minęły jak z bicza strzelił. złaziliśmy większość miejsc, które chcieliśmy zobaczyć, ale na wszystko nie starczyło czasu. zresztą im dłużej tam byliśmy, tym więcej pojawiało się potencjalnych atrakcji. nie będę dokładnie opisywać, bo za długo by wyszło, zresztą Londyn każdy zna. zatem skrótowo.
unikaliśmy najbardziej obleganych zabytków, nie tylko ze snobizmu. niektóre ^obowiązkowe punkty programu^ kosztują więcej niż nocleg, obserwowaliśmy je zatem głównie z zewnątrz. nadrabialiśmy innymi przyjemnościami, na przykład kolacją w restauracji nad Tamizą z widokiem na kopułę Świętego Pawła. albo odnalezieniem włoskiej knajpki, w której Grześkowi bardzo podobało się pięć lat temu; musieliśmy przejść niemal wszystkie uliczki Soho, by ją wypatrzeć.
bezlitośnie korzystaliśmy też z muzeów, które w większości są w Londynie darmowe. oczywiście ciągnęło mnie do British Museum, skarbca drogocenności wykradzionych przez Imperium ze wszystkich części świata. marmury z Partenonu przereklamowane, szczególnie w porównaniu z berlińskim Pergamonem (też kradziony.), natomiast galeria meksykańska i azjatycka zapierają dech w piersiach.
metro fajne, ogólnie transport publiczny niesamowity, ale nie sposób połapać się w tabelach, strefach i cennikach. za to świetne wrażenie robią zabytkowe schody w metrze, zresztą zabytki w Londynie są świetnie zadbane. nowe budynki też robią wrażenie; architektonicznie zawsze stawiali na efekt. ostatniego dnia pobytu śmignęliśmy w drodze na dworzec obejrzeć przepiękne bloki na osiedlu Barbican.
a teraz jesteśmy w Brighton, mieście na południowym wybrzeżu, które jest niemal przedmieściem Londynu. jechaliśmy tam pociągiem, ale nie wykorzystywaliśmy dnia Interrail (karnet pozwala nam przejeździć tylko osiem dni w ciągu miesiąca.), ponieważ udało nam się kupić z wyprzedzeniem bilety po trzy i trzy czwarte funta, czyli mniej niż śniadanie w pubie. zaoszczędzony dzień wykorzystamy na jutrzejszą wizytę w Oksfordzie w drodze z Brighton do Birmingham.
Brighton na poprzednim przełomie wieków było letnią stolicą królestwa i do dziś trzyma się go poświata dawnej chwały. niesamowicie podoba mi się tutejszy klimat; miasto wygląda jak spokojna, kameralna wersja Londynu, całkowicie przestawiona na wakacyjny tryb życia. wszystkie budynki to domki letniskowe, kamienice letniskowe, pałace letniskowe; ganki, werandy, żeliwne balkony, białe elewacje. senne uliczki krzyżują się z szerokim bulwarem nad plażą, po schodach można zejść nad morze, gdzie z rozległej kamienistej plaży wyrasta ogromne, idealnie odpustowe molo z wesołym miasteczkiem na końcu. widać stamtąd ażurową konstrukcję poprzedniego mola, pozostawioną po pożarze na wieczną pamiątkę upadłej chwały. niesamowite.
teraz kończę, ponieważ będziemy zamęczać Asię, która ze swoim chłopakiem Marcinem nas gości, zdjęciami z całej podróży. na razie mamy tysiąc trzysta fotografii.
unikaliśmy najbardziej obleganych zabytków, nie tylko ze snobizmu. niektóre ^obowiązkowe punkty programu^ kosztują więcej niż nocleg, obserwowaliśmy je zatem głównie z zewnątrz. nadrabialiśmy innymi przyjemnościami, na przykład kolacją w restauracji nad Tamizą z widokiem na kopułę Świętego Pawła. albo odnalezieniem włoskiej knajpki, w której Grześkowi bardzo podobało się pięć lat temu; musieliśmy przejść niemal wszystkie uliczki Soho, by ją wypatrzeć.
bezlitośnie korzystaliśmy też z muzeów, które w większości są w Londynie darmowe. oczywiście ciągnęło mnie do British Museum, skarbca drogocenności wykradzionych przez Imperium ze wszystkich części świata. marmury z Partenonu przereklamowane, szczególnie w porównaniu z berlińskim Pergamonem (też kradziony.), natomiast galeria meksykańska i azjatycka zapierają dech w piersiach.
metro fajne, ogólnie transport publiczny niesamowity, ale nie sposób połapać się w tabelach, strefach i cennikach. za to świetne wrażenie robią zabytkowe schody w metrze, zresztą zabytki w Londynie są świetnie zadbane. nowe budynki też robią wrażenie; architektonicznie zawsze stawiali na efekt. ostatniego dnia pobytu śmignęliśmy w drodze na dworzec obejrzeć przepiękne bloki na osiedlu Barbican.
a teraz jesteśmy w Brighton, mieście na południowym wybrzeżu, które jest niemal przedmieściem Londynu. jechaliśmy tam pociągiem, ale nie wykorzystywaliśmy dnia Interrail (karnet pozwala nam przejeździć tylko osiem dni w ciągu miesiąca.), ponieważ udało nam się kupić z wyprzedzeniem bilety po trzy i trzy czwarte funta, czyli mniej niż śniadanie w pubie. zaoszczędzony dzień wykorzystamy na jutrzejszą wizytę w Oksfordzie w drodze z Brighton do Birmingham.
Brighton na poprzednim przełomie wieków było letnią stolicą królestwa i do dziś trzyma się go poświata dawnej chwały. niesamowicie podoba mi się tutejszy klimat; miasto wygląda jak spokojna, kameralna wersja Londynu, całkowicie przestawiona na wakacyjny tryb życia. wszystkie budynki to domki letniskowe, kamienice letniskowe, pałace letniskowe; ganki, werandy, żeliwne balkony, białe elewacje. senne uliczki krzyżują się z szerokim bulwarem nad plażą, po schodach można zejść nad morze, gdzie z rozległej kamienistej plaży wyrasta ogromne, idealnie odpustowe molo z wesołym miasteczkiem na końcu. widać stamtąd ażurową konstrukcję poprzedniego mola, pozostawioną po pożarze na wieczną pamiątkę upadłej chwały. niesamowite.
teraz kończę, ponieważ będziemy zamęczać Asię, która ze swoim chłopakiem Marcinem nas gości, zdjęciami z całej podróży. na razie mamy tysiąc trzysta fotografii.
środa, 15 września 2010
niedziela, 12 września 2010
Najdroższa stolica Europy
wczoraj zrobiliśmy sobie spokojniejszy dzień, regeneracja, przepierka i te sprawy. dopiero po południu skoczyliśmy ze statywem nad Tamizę w celu produkcji pocztówek z zachodem słońca za Big Benem. Londyn robi wrażenie, widać, że była to przez stulecie stolica świata, przepych na każdym kroku. zdobione budynki, zdobione mosty, zdobione dworce, zdobione statki. trwa akurat londyński festiwal rzeki, więc wsiąkliśmy w liczne atrakcje, głównie kulinarne, i jak to przy nadmiarze możliwości bywa, zupełnie nie mogliśmy zdecydować, co chcielibyśmy zjeść. w końcu wybraliśmy kuchnię z Ghany, lecz jak na złość zabrakło potrawy, na którą mieliśmy ochotę, a drugiego takiego stoiska nie potrafiliśmy znaleźć. ostatecznie poszliśmy do sieciowej pizzerii na nabrzeżu i zostawiliśmy w niej sto złotych. ot, londyńskie ceny. londyńczycy dostają od rządu coroczną rekompensatę wysokich kosztów życia, może się upomnimy o taką w Warszawie?
Cuda i dziwy dwa
pogoda wciąż sprzyja. według prognoz miało mocno padać, tymczasem w Londynie piękne słońce. koniec lata w pełni. jednakże nie dla Brytyjczyków. sezon letni może trwać, ale wszystkie myśli kierują się już ku świętom. tak, świętom Bożego Narodzenia. każda restauracja i hotel zaprasza do zapisów na niesamowite świąteczne atrakcje, na przykład wieczorek pod czerwonym krawatem i w diademie.
sobota, 11 września 2010
Na południe, chociaż akurat teraz na północny wschód
po opuszczeniu Szkocji ucierpiała treściwość naszych wpisów, a to dlatego, że znajdujemy się w najintensywniejszym stadium podróży. bardzo dużo czasu spędzamy w pociągach i autobusach, skacząc wzdłuż łańcucha punktów ciągnącego się w poprzek mapy, z północy na południe.
zakończywszy początkowy etap wyprawy poświęcony gapieniu się z rozdziawionymi ustami na górskie krajobrazy, musieliśmy dotrzeć do Londynu, gdzie dla odmiany będziemy tkwić stacjonarnie poznając miasto przez całe pięć dni. (no dobrze, to ja będę poznawać miasto, a Grzesiek robić za przewodnika.) pomiędzy wyjazdem z Mallaig a wjazdem do Londynu postanowiliśmy odwiedzić szereg miejsc, które bardzo chcieliśmy zobaczyć. jeśli nie teraz, prawdopodobnie już nigdy nie mielibyśmy okazji do nich dotrzeć, ponieważ większość z nich to miejsca nieduże i oddalone, nie zebralibyśmy się zatem do zaplanowania wyjazdu specjalnie do nich. spięliśmy się zatem w sobie, nanizaliśmy te miejscowości na naszą trasę, zacisnęliśmy zęby i wskoczyliśmy na pokład pierwszego dalekobieżnego pociągu. w tej chwili jesteśmy w ostatnim dalekobieżnym pociągu tego etapu podróży. właśnie stajemy w Templecombe gdzieś w Dorsecie, Somerset albo Wiltshire; za dwie i pół godziny dotrzemy z Exeter na London Waterloo.
przerwaliśmy relację na żywo we wtorek i w tym miejscu ją podejmę. wtorek był pierwszym dniem wielkiego treku z Highlands na południe, a konkretnie do Warrington na pograniczu Lancashire i Midlands. w tej miejscowości mieszkają Teresa i Marcin, znajomi mojego kolegi Bartka, którzy ugościli nas i pozwolili na jeden wieczór zapomnieć niewygody współdzielonego życia w hostelach. (dzięki! i jeszcze raz wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.)
pierwszą przesiadkę mieliśmy w Glasgow, gdzie pierwszy raz w czasie naszego pobytu porządnie się rozpadało. według Magdy i Roberta z Edynburga deszcz jest naturalnym stanem rzeczy w Glasgow i dziwne było, że w dniu naszego przyjazdu z lotniska świeciło słońce. tym razem Glasgow stanęło na wysokości zadania i siąpiło jak wściekłe. z trudem (wymagało to zwycięstwa w pojedynku na parasole.) namówiłem Grześka, żeby marsz z dworca Queen Street na dworzec Central wydłużyć o kilkaset procent w celu zahaczenia o katedrę. katedra świętego Munga stoi na stoku i rozrasta się w dół, jak kolejne poziomy w Diablo. z górnego kościoła schodzi się do dolnego kościoła, który jest połączony z kryptami, a stamtąd idziemy do kaplic jeszcze niżej, a całą drogę oświetlają nam okna witrażowe. tymczasem na zewnątrz katedralny trawnik jest w istocie cmentarzem, tak gęsto wybrukowanym płytami nagrobnymi, że nie sposób iść między nimi, trzeba po nich. o ile deptanie grobów wpuszczonych w posadzkę wewnątrz nie robi na mnie wrażenia, to na zewnątrz jest to coś nowego.
tymczasem nasz pociąg do Londynu opuścił stację Gillingham i wjeżdża do Tisbury. jesteśmy coraz bliżej! a jeszcze apropo deszczu w Glasgow, program do sprawdzania pogody na telefonie Grześka powitał nas dziś informacją, że pogoda w Warszawie będzie ponura. użył dokładnie tego słowa. rzeczywiście było ponuro?
z Glasgow mogliśmy jechać prosto do Warrington, ale chcieliśmy odwiedzić jedno z większych przemysłowych miast tej okolicy. wybraliśmy portowy Liverpool, który niestety wymagał przesiadki. w drodze do tejże zamieściliśmy notkę wychwalającą świetnie wyposażone w gniazdka i internet pociągi linii Virgin, wspaniale wyróżniające się na tle naszych wcześniejszych przewoźników, no i zemściło się to na nas. Virgin dojechał do Preston dwie minuty po odjeździe pociągu, który miał zabrać nas stamtąd do Liverpoolu. za radą pań z informacji wskoczyliśmy do odjeżdżającego akurat składu do Wigan, skąd jeździ najwięcej pociągów do Liverpoolu, ale gdzie Virgin z niewiadomych przyczyn się nie zatrzymuje. w Wigan wsiedliśmy w pociąg podmiejski, wlokący się w tempie tramwaju, i może to zaważyło na naszym pierwszym wrażeniu z Liverpoolu, który akurat na nasze przybycie się pozamykał, ponieważ było już późno. przy czym "późno" znaczy "po siedemnastej". wszystkie sklepy, puby, restauracje, nawet centra handlowe o siedemnastej trzydzieści zamknęły się na cztery spusty, opuściły żaluzje i poszły spać. również ludzie poznikali z ulic. wyglądało to raczej ponuro. zdążyliśmy zwiedzić modernistyczną katedrę katolicką, anglikańskiego gotyckiego giganta musieliśmy obejrzeć już z zewnątrz, a potem długo krążyliśmy w poszukiwaniu przekąski. po godzinie zadowoliśmy się meksykańskim barem przy wejściu do kina, który chwalił się, że znajduje się wśród pięćdziesięciu najzdrowszych fast foodów w Wielkiej Brytanii. nie wiem, czy to dobra rekomendacja, ale musiała wystarczyć.
a nasz obecny pociag opuścił Salisbury i Grateley, stajemy w Whitchurch. gdzieś po drodze powinno chyba jeszcze być Andover, ale musiało mi umknąć. meandrujemy między szeregiem niewielkich stacji, co wydłuża podróż o godzinę w porównaniu z bezpośrednim pociągiem, ale właśnie ze względu na Salisbury wybrałem dłuższą drogę, dzięki czemu miałem okazję popatrzeć z okna na wieżę tutejszej katedry, najwyższą w Anglii, a przy okazji odchyloną od pionu. wieża ma sto dwadzieścia trzy metry wysokości, a jej fundamenty zagłębione są tylko na jeden procent tej odległości. aż dziw, że przez tyle czasu utrzymały ten ciężar. (za to kolumny we wnętrzu odgięły się na boki, ponieważ są za cienkie na utrzymanie ciężaru dachu. budowniczowie tej katedry zrobili niezłą fuszerkę.) przed Salisbury jechaliśmy przez piękne wzgórza Wiltshire, między którymi schowane jest Stonehenge i inne pobliskie kręgi kamienne. nie będziemy jednak wysiadać z ich powodu z pociągu; musi nam wystarczyć dolmen, który znajduje się w jednej z miejscowości, które planujemy odwiedzić za półtora tygodnia w Walii.
po wymarłym Liverpoolu i bardzo miłym wieczorze z nowymi przyjaciółmi w Warrington wskoczyliśmy rano w pociąg do Jorku. cieszyliśmy się z powrotu pięknej pogody, jednak zaraz po przekroczeniu Penninów (to takie Apeniny północnej Anglii.) wjechaliśmy w uwięzioną za tymi wzgórzami mgłę. na szczęście rozrzedziła się, zanim wysiedliśmy, i zastąpiło ją letnie słońce. mamy tu wyjątkowe szczęście do pogody. a nawet w zimne dni jest cieplej i ładniej niż w Polsce. nie inaczej było w Jorku, spacer był tak przyjemny, że postanowiliśmy zostać dłużej, rezygnując z przystanku w Oksfordzie, który spokojnie możemy odwiedzić też później, w drodze z Brigton do Birmingham. poszliśmy za to do fantastycznego muzeum kolei, w którym stoi cała galeria lokomotyw, japoński superszybki pociąg i królewskie salonki od czasów Wiktorii po wczesną Elżbietę. piękne miejsce, obudzili się w nas mali chłopcy.
teraz wyjechaliśmy z Overton i Basingstoke i zaszło słońce. z użyciem komórki planujemy, jak dostać się z dworca Waterloo do londyńskiego mieszkania Doroty, u której zatrzymamy się na początku. następna stacja to Woking, a zaraz potem przekraczamy pierwszą obwodnicę Londynu.
zatem bez przystanku w Oksfordzie wyjechaliśmy z Jorku do Bristolu, najpierw w poprzek przemysłowej środkowej Anglii, potem przez zielone Gloustershire wciśnięte między Walię a wzgórza Cotswolds. dotarliśmy na miejsce wieczorem, przed nami był długi marsz do hostelu w południowej części miasta, a do mnie dotarło wreszcie, że moje świeżo kupione tuż przed wyjazdem buty raczej już się nie rozejdą i bąble na stopach zostaną częścią wspomnień z tej podróży. zgniotłem stopy na miazgę, co szczególnie uwydatnia się pod ciężarem megaplecaka turystycznego. (jesteśmy spakowani w jeden mały plecak, który bierzemy na miasto i drugi wielki plecak, który staramy się zostawiać w hostelach, gdy tylko to możliwe.)
hostele w Bristolu to w ogóle oddzielna historia. dużą część pobytu w Jorku zajęły nam próby zarezerwowania noclegu w Bristolu, przez telefon oraz internet, bez szczególnego powodzenia. a to hostel miał fatalne recenzje, a to wszystkie miejsca zajęte, a to szalone ceny, które w dodatku rosły tym bardziej, im bliżej byliśmy złożenia rezerwacji. w końcu udało się i myśleliśmy, że to już koniec nerwów, ale na miejscu okazało się, że koszmarnie nierozgarnięty recepcjonista ma trudności z opanowaniem zawiłości systemu rezerwacyjnego i nie obyło się bez telefonu do kierownika. sam hostel też był zabawny, szczególnie kuchnia, która kiedyś musiała być kuchnią restauracji, była bowiem przerażająco przemysłowa i dość zapuszczona, więc po pierwszej próbie podgrzania gotowych dań z Tesco postanowiliśmy żywić się na mieście.
następnego dnia, czyli w czwartek, rundka po Bristolu. szczególnie urzekł nas wiszący most, specjalnie dla którego zatrzymaliśmy się w tym mieście, oraz katedra, której zupełnie nie planowaliśmy, ale była w pobliżu i okazała się prześliczna. nasza wyprawa, obok szlaku zabytków inżynierii - jak mosty i dworce - wiedzie ewidentnie szlakiem katedr. pobiegaliśmy też po przebudowanych niedawno nabrzeżach Bristolu i stwierdziliśmy, że z dotychczas wizytowanych angielskich miast - nie brytyjskich - właśnie to przypadło nam do gustu najbardziej. nie jest szczególnie malownicze, ale wygląda na dobre miejsce do życia. ten wniosek powtórzył się wieczorem, kiedy zgodnie z planem ruszyliśmy na miasto w poszukiwaniu kolacji, a potem spotkaliśmy się na piwo z moim znajomym Jamesem. wieczorami Bristol zyskuje jeszcze bardziej.
późniejsze popołudnie spędziliśmy jednak poza Bristolem z powodu mojej fanaberii. jeszcze niedawno miałem tę starą zieloną encyklopedię Pe_Wu_Enu w trzynastu tomach, i to chyba w niej zobaczyłem kiedyś zdjęcie katedry w Wells z zaskakującymi odwróconymi łukami, dobudowanymi w poprzek nawy dla dodatkowej stabilizacji głównej wieży, która zaczęła się przekrzywiać. (jak widać, fuszerka budowlana nie była zarezerwowana dla Salisbury.) Wells w średniowieczu było ważnym, kilkutysięcznym miastem, ale od tego czasu jego populacja się nie zwiększyła, teraz jest zatem odległym przedmieściem Bristolu. zachowało jednak historyczny urok i jest czarującym miejscem. jeszcze bardziej czarujące jest Glastonbury, gdzie co roku odbywa się szalony festiwal muzyczny, a przez resztę czasu snują się tam hipisi i neopoganie ściągający do miejsca legendarnego pochówku króla Artura. Glastonbury mieni się bowiem Avalonem, a jego centrum wypełniają sklepiki ezoteryczne, gabloty z kryształami, centra terapii duszy i zapach kadzideł. nawet pralnia nazywa się "The Washing Well", co jest grą słów na "wishing well" - "studnia życzeń". w Glastonbury znajdują się ruiny potężnego opactwa, rozwiązanego w czasie reformacji i nigdy już nie przywróconego. podejrzewam, że połowa domów w miasteczku zbudowana jest z kamieni wyłupanych ze ścian kościoła. ruiny to jeden z ulubionych tematów fotograficznych Grześka, nie mogliśmy zatem ich odpuścić, skoro znajdują się tylko kilka kilometrów od Wells. (wcześniej spędziliśmy trochę czasu w ruinach opactwa w Jorku, liczymy trafić na inne zrujnowane rzeczy. a może sami powinniśmy coś rozwalić?)
tymczasem przejechaliśmy przez Woking, teraz chyba już tylko Clapham Junction, a potem London Waterloo i metro i London Liverpool Street i pociąg podmiejski na północ.
dziś zaś na lekkim kacu - Bristol jest naprawdę fajny wieczorem, ale czerwony Guinness to zły pomysł, który nigdy nie powinien zostać wdrożony (Smithwick's za to wręcz przeciwnie!) - i przy lekkiej niepogodzie wyruszyliśmy na południowy zachód, do Devonu, popatrzeć na morze, czerwone klify i miejsca akcji powieści Agathy Christie. w pierwszej połowie dnia wiało i się chmurzyło, ale nasze szczęście do pogody zwyciężyło i w Exeter byliśmy już zgrzani. Plymouth zupełnie nas nie zachwyciło, szczególnie śródmieście przebudowane po wojnie, nie udało nam się również dostrzec na horyzoncie ruin latarni morskiej. (szczęście do pogody miało akurat wtedy wolne.) popatrzyliśmy na statki wychodzące z portu, napiliśmy się herbaty z ciastkiem i wróciliśmy do pociągu. tory między Exeter a Plymouth wiją się u podnóża czerwonego, wulkanicznego klifu, tuż nad wodą, co chwilę znikając w tunelu. jest to szalenie malownicze, lecz dość denerwujące, jeżeli próbuje się złapać zasięg internetu. cały przejazd do Plymouth był motywowany głównie tym, żeby zobaczyć z okien te krajobrazy; dodatkowo udało nam się jechać w jedną stronę podczas przypływu, a wracać przy odpływie.
w Exeter kolejny spacer. miasto również przeszło spore zmiany po wojnie, ale na szczęście nie poszło na całość jak Plymouth. przyjemnie było zobaczyć wreszcie inną kolorystykę niż powtarzający się w dotychczas widzianych miejscach zbiór szarego lub beżowego kamienia, czerwonej cegły i okazjonalnego szorstkiego tynku; Exeter jest bowiem cynobrowe, wycięte z wulkanicznej skały. jest tam czerwony zamek, a przynajmniej jego zachowana brama, jest czerwony most, a właściwie jego zachowany przyczółek, są czerwone kościoły, przynajmniej te, które się nie rozpadły. tylko katedra jest wapienna jak wszystkie inne.
nasz pociąg z Exeter wjeżdża już do Londynu, widać już London Eye, trzeba więc kończyć. może uda się połączyć z internetem i opublikować wpis jeszcze w pociągu. jeżeli nie, zrobimy to z domu Doroty. a w ogóle, to gdzie w Londynie dają jeść, bo w Exeter nie zdążyliśmy kupić kanapek i jesteśmy głodni!
zakończywszy początkowy etap wyprawy poświęcony gapieniu się z rozdziawionymi ustami na górskie krajobrazy, musieliśmy dotrzeć do Londynu, gdzie dla odmiany będziemy tkwić stacjonarnie poznając miasto przez całe pięć dni. (no dobrze, to ja będę poznawać miasto, a Grzesiek robić za przewodnika.) pomiędzy wyjazdem z Mallaig a wjazdem do Londynu postanowiliśmy odwiedzić szereg miejsc, które bardzo chcieliśmy zobaczyć. jeśli nie teraz, prawdopodobnie już nigdy nie mielibyśmy okazji do nich dotrzeć, ponieważ większość z nich to miejsca nieduże i oddalone, nie zebralibyśmy się zatem do zaplanowania wyjazdu specjalnie do nich. spięliśmy się zatem w sobie, nanizaliśmy te miejscowości na naszą trasę, zacisnęliśmy zęby i wskoczyliśmy na pokład pierwszego dalekobieżnego pociągu. w tej chwili jesteśmy w ostatnim dalekobieżnym pociągu tego etapu podróży. właśnie stajemy w Templecombe gdzieś w Dorsecie, Somerset albo Wiltshire; za dwie i pół godziny dotrzemy z Exeter na London Waterloo.
przerwaliśmy relację na żywo we wtorek i w tym miejscu ją podejmę. wtorek był pierwszym dniem wielkiego treku z Highlands na południe, a konkretnie do Warrington na pograniczu Lancashire i Midlands. w tej miejscowości mieszkają Teresa i Marcin, znajomi mojego kolegi Bartka, którzy ugościli nas i pozwolili na jeden wieczór zapomnieć niewygody współdzielonego życia w hostelach. (dzięki! i jeszcze raz wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.)
pierwszą przesiadkę mieliśmy w Glasgow, gdzie pierwszy raz w czasie naszego pobytu porządnie się rozpadało. według Magdy i Roberta z Edynburga deszcz jest naturalnym stanem rzeczy w Glasgow i dziwne było, że w dniu naszego przyjazdu z lotniska świeciło słońce. tym razem Glasgow stanęło na wysokości zadania i siąpiło jak wściekłe. z trudem (wymagało to zwycięstwa w pojedynku na parasole.) namówiłem Grześka, żeby marsz z dworca Queen Street na dworzec Central wydłużyć o kilkaset procent w celu zahaczenia o katedrę. katedra świętego Munga stoi na stoku i rozrasta się w dół, jak kolejne poziomy w Diablo. z górnego kościoła schodzi się do dolnego kościoła, który jest połączony z kryptami, a stamtąd idziemy do kaplic jeszcze niżej, a całą drogę oświetlają nam okna witrażowe. tymczasem na zewnątrz katedralny trawnik jest w istocie cmentarzem, tak gęsto wybrukowanym płytami nagrobnymi, że nie sposób iść między nimi, trzeba po nich. o ile deptanie grobów wpuszczonych w posadzkę wewnątrz nie robi na mnie wrażenia, to na zewnątrz jest to coś nowego.
tymczasem nasz pociąg do Londynu opuścił stację Gillingham i wjeżdża do Tisbury. jesteśmy coraz bliżej! a jeszcze apropo deszczu w Glasgow, program do sprawdzania pogody na telefonie Grześka powitał nas dziś informacją, że pogoda w Warszawie będzie ponura. użył dokładnie tego słowa. rzeczywiście było ponuro?
z Glasgow mogliśmy jechać prosto do Warrington, ale chcieliśmy odwiedzić jedno z większych przemysłowych miast tej okolicy. wybraliśmy portowy Liverpool, który niestety wymagał przesiadki. w drodze do tejże zamieściliśmy notkę wychwalającą świetnie wyposażone w gniazdka i internet pociągi linii Virgin, wspaniale wyróżniające się na tle naszych wcześniejszych przewoźników, no i zemściło się to na nas. Virgin dojechał do Preston dwie minuty po odjeździe pociągu, który miał zabrać nas stamtąd do Liverpoolu. za radą pań z informacji wskoczyliśmy do odjeżdżającego akurat składu do Wigan, skąd jeździ najwięcej pociągów do Liverpoolu, ale gdzie Virgin z niewiadomych przyczyn się nie zatrzymuje. w Wigan wsiedliśmy w pociąg podmiejski, wlokący się w tempie tramwaju, i może to zaważyło na naszym pierwszym wrażeniu z Liverpoolu, który akurat na nasze przybycie się pozamykał, ponieważ było już późno. przy czym "późno" znaczy "po siedemnastej". wszystkie sklepy, puby, restauracje, nawet centra handlowe o siedemnastej trzydzieści zamknęły się na cztery spusty, opuściły żaluzje i poszły spać. również ludzie poznikali z ulic. wyglądało to raczej ponuro. zdążyliśmy zwiedzić modernistyczną katedrę katolicką, anglikańskiego gotyckiego giganta musieliśmy obejrzeć już z zewnątrz, a potem długo krążyliśmy w poszukiwaniu przekąski. po godzinie zadowoliśmy się meksykańskim barem przy wejściu do kina, który chwalił się, że znajduje się wśród pięćdziesięciu najzdrowszych fast foodów w Wielkiej Brytanii. nie wiem, czy to dobra rekomendacja, ale musiała wystarczyć.
a nasz obecny pociag opuścił Salisbury i Grateley, stajemy w Whitchurch. gdzieś po drodze powinno chyba jeszcze być Andover, ale musiało mi umknąć. meandrujemy między szeregiem niewielkich stacji, co wydłuża podróż o godzinę w porównaniu z bezpośrednim pociągiem, ale właśnie ze względu na Salisbury wybrałem dłuższą drogę, dzięki czemu miałem okazję popatrzeć z okna na wieżę tutejszej katedry, najwyższą w Anglii, a przy okazji odchyloną od pionu. wieża ma sto dwadzieścia trzy metry wysokości, a jej fundamenty zagłębione są tylko na jeden procent tej odległości. aż dziw, że przez tyle czasu utrzymały ten ciężar. (za to kolumny we wnętrzu odgięły się na boki, ponieważ są za cienkie na utrzymanie ciężaru dachu. budowniczowie tej katedry zrobili niezłą fuszerkę.) przed Salisbury jechaliśmy przez piękne wzgórza Wiltshire, między którymi schowane jest Stonehenge i inne pobliskie kręgi kamienne. nie będziemy jednak wysiadać z ich powodu z pociągu; musi nam wystarczyć dolmen, który znajduje się w jednej z miejscowości, które planujemy odwiedzić za półtora tygodnia w Walii.
po wymarłym Liverpoolu i bardzo miłym wieczorze z nowymi przyjaciółmi w Warrington wskoczyliśmy rano w pociąg do Jorku. cieszyliśmy się z powrotu pięknej pogody, jednak zaraz po przekroczeniu Penninów (to takie Apeniny północnej Anglii.) wjechaliśmy w uwięzioną za tymi wzgórzami mgłę. na szczęście rozrzedziła się, zanim wysiedliśmy, i zastąpiło ją letnie słońce. mamy tu wyjątkowe szczęście do pogody. a nawet w zimne dni jest cieplej i ładniej niż w Polsce. nie inaczej było w Jorku, spacer był tak przyjemny, że postanowiliśmy zostać dłużej, rezygnując z przystanku w Oksfordzie, który spokojnie możemy odwiedzić też później, w drodze z Brigton do Birmingham. poszliśmy za to do fantastycznego muzeum kolei, w którym stoi cała galeria lokomotyw, japoński superszybki pociąg i królewskie salonki od czasów Wiktorii po wczesną Elżbietę. piękne miejsce, obudzili się w nas mali chłopcy.
teraz wyjechaliśmy z Overton i Basingstoke i zaszło słońce. z użyciem komórki planujemy, jak dostać się z dworca Waterloo do londyńskiego mieszkania Doroty, u której zatrzymamy się na początku. następna stacja to Woking, a zaraz potem przekraczamy pierwszą obwodnicę Londynu.
zatem bez przystanku w Oksfordzie wyjechaliśmy z Jorku do Bristolu, najpierw w poprzek przemysłowej środkowej Anglii, potem przez zielone Gloustershire wciśnięte między Walię a wzgórza Cotswolds. dotarliśmy na miejsce wieczorem, przed nami był długi marsz do hostelu w południowej części miasta, a do mnie dotarło wreszcie, że moje świeżo kupione tuż przed wyjazdem buty raczej już się nie rozejdą i bąble na stopach zostaną częścią wspomnień z tej podróży. zgniotłem stopy na miazgę, co szczególnie uwydatnia się pod ciężarem megaplecaka turystycznego. (jesteśmy spakowani w jeden mały plecak, który bierzemy na miasto i drugi wielki plecak, który staramy się zostawiać w hostelach, gdy tylko to możliwe.)
hostele w Bristolu to w ogóle oddzielna historia. dużą część pobytu w Jorku zajęły nam próby zarezerwowania noclegu w Bristolu, przez telefon oraz internet, bez szczególnego powodzenia. a to hostel miał fatalne recenzje, a to wszystkie miejsca zajęte, a to szalone ceny, które w dodatku rosły tym bardziej, im bliżej byliśmy złożenia rezerwacji. w końcu udało się i myśleliśmy, że to już koniec nerwów, ale na miejscu okazało się, że koszmarnie nierozgarnięty recepcjonista ma trudności z opanowaniem zawiłości systemu rezerwacyjnego i nie obyło się bez telefonu do kierownika. sam hostel też był zabawny, szczególnie kuchnia, która kiedyś musiała być kuchnią restauracji, była bowiem przerażająco przemysłowa i dość zapuszczona, więc po pierwszej próbie podgrzania gotowych dań z Tesco postanowiliśmy żywić się na mieście.
następnego dnia, czyli w czwartek, rundka po Bristolu. szczególnie urzekł nas wiszący most, specjalnie dla którego zatrzymaliśmy się w tym mieście, oraz katedra, której zupełnie nie planowaliśmy, ale była w pobliżu i okazała się prześliczna. nasza wyprawa, obok szlaku zabytków inżynierii - jak mosty i dworce - wiedzie ewidentnie szlakiem katedr. pobiegaliśmy też po przebudowanych niedawno nabrzeżach Bristolu i stwierdziliśmy, że z dotychczas wizytowanych angielskich miast - nie brytyjskich - właśnie to przypadło nam do gustu najbardziej. nie jest szczególnie malownicze, ale wygląda na dobre miejsce do życia. ten wniosek powtórzył się wieczorem, kiedy zgodnie z planem ruszyliśmy na miasto w poszukiwaniu kolacji, a potem spotkaliśmy się na piwo z moim znajomym Jamesem. wieczorami Bristol zyskuje jeszcze bardziej.
późniejsze popołudnie spędziliśmy jednak poza Bristolem z powodu mojej fanaberii. jeszcze niedawno miałem tę starą zieloną encyklopedię Pe_Wu_Enu w trzynastu tomach, i to chyba w niej zobaczyłem kiedyś zdjęcie katedry w Wells z zaskakującymi odwróconymi łukami, dobudowanymi w poprzek nawy dla dodatkowej stabilizacji głównej wieży, która zaczęła się przekrzywiać. (jak widać, fuszerka budowlana nie była zarezerwowana dla Salisbury.) Wells w średniowieczu było ważnym, kilkutysięcznym miastem, ale od tego czasu jego populacja się nie zwiększyła, teraz jest zatem odległym przedmieściem Bristolu. zachowało jednak historyczny urok i jest czarującym miejscem. jeszcze bardziej czarujące jest Glastonbury, gdzie co roku odbywa się szalony festiwal muzyczny, a przez resztę czasu snują się tam hipisi i neopoganie ściągający do miejsca legendarnego pochówku króla Artura. Glastonbury mieni się bowiem Avalonem, a jego centrum wypełniają sklepiki ezoteryczne, gabloty z kryształami, centra terapii duszy i zapach kadzideł. nawet pralnia nazywa się "The Washing Well", co jest grą słów na "wishing well" - "studnia życzeń". w Glastonbury znajdują się ruiny potężnego opactwa, rozwiązanego w czasie reformacji i nigdy już nie przywróconego. podejrzewam, że połowa domów w miasteczku zbudowana jest z kamieni wyłupanych ze ścian kościoła. ruiny to jeden z ulubionych tematów fotograficznych Grześka, nie mogliśmy zatem ich odpuścić, skoro znajdują się tylko kilka kilometrów od Wells. (wcześniej spędziliśmy trochę czasu w ruinach opactwa w Jorku, liczymy trafić na inne zrujnowane rzeczy. a może sami powinniśmy coś rozwalić?)
tymczasem przejechaliśmy przez Woking, teraz chyba już tylko Clapham Junction, a potem London Waterloo i metro i London Liverpool Street i pociąg podmiejski na północ.
dziś zaś na lekkim kacu - Bristol jest naprawdę fajny wieczorem, ale czerwony Guinness to zły pomysł, który nigdy nie powinien zostać wdrożony (Smithwick's za to wręcz przeciwnie!) - i przy lekkiej niepogodzie wyruszyliśmy na południowy zachód, do Devonu, popatrzeć na morze, czerwone klify i miejsca akcji powieści Agathy Christie. w pierwszej połowie dnia wiało i się chmurzyło, ale nasze szczęście do pogody zwyciężyło i w Exeter byliśmy już zgrzani. Plymouth zupełnie nas nie zachwyciło, szczególnie śródmieście przebudowane po wojnie, nie udało nam się również dostrzec na horyzoncie ruin latarni morskiej. (szczęście do pogody miało akurat wtedy wolne.) popatrzyliśmy na statki wychodzące z portu, napiliśmy się herbaty z ciastkiem i wróciliśmy do pociągu. tory między Exeter a Plymouth wiją się u podnóża czerwonego, wulkanicznego klifu, tuż nad wodą, co chwilę znikając w tunelu. jest to szalenie malownicze, lecz dość denerwujące, jeżeli próbuje się złapać zasięg internetu. cały przejazd do Plymouth był motywowany głównie tym, żeby zobaczyć z okien te krajobrazy; dodatkowo udało nam się jechać w jedną stronę podczas przypływu, a wracać przy odpływie.
w Exeter kolejny spacer. miasto również przeszło spore zmiany po wojnie, ale na szczęście nie poszło na całość jak Plymouth. przyjemnie było zobaczyć wreszcie inną kolorystykę niż powtarzający się w dotychczas widzianych miejscach zbiór szarego lub beżowego kamienia, czerwonej cegły i okazjonalnego szorstkiego tynku; Exeter jest bowiem cynobrowe, wycięte z wulkanicznej skały. jest tam czerwony zamek, a przynajmniej jego zachowana brama, jest czerwony most, a właściwie jego zachowany przyczółek, są czerwone kościoły, przynajmniej te, które się nie rozpadły. tylko katedra jest wapienna jak wszystkie inne.
nasz pociąg z Exeter wjeżdża już do Londynu, widać już London Eye, trzeba więc kończyć. może uda się połączyć z internetem i opublikować wpis jeszcze w pociągu. jeżeli nie, zrobimy to z domu Doroty. a w ogóle, to gdzie w Londynie dają jeść, bo w Exeter nie zdążyliśmy kupić kanapek i jesteśmy głodni!
piątek, 10 września 2010
czwartek, 9 września 2010
cuda i dziwy 1
brytyjska waluta może wywołać chęć zamordowania ichniego mistra finansów, choć i tak jest nieźle, bo funt dzieli się już tylko na 100 pensów. ale wielorakość kształtów i rozmiarów monet w połączeniu z nichęcią do opisywania wartości nominału CYFRĄ doprowadza prostą czynność płacenia do rangi olimpiady dla niepełnosprawnych.
Published with Blogger-droid v1.5.8
środa, 8 września 2010
Klaustrofobia
dlaczego w pociągu z Warrington do Yorku było tylu ludzi? ponadto, w Yorkshire mgła. (i tunele, i sygnału nie ma.) tymczasem po zachodniej stronie Penninów mieliśmy piękne słońce.
wtorek, 7 września 2010
w drodze z Dziewicą
jedziemy właśnie z Glasgow do Liverpoolu, z międzylądowaniem w Preston. siedzimy w pociągu linii Virgin, ładujemy sprzęt elektroniczny z wygodnie umieszczonych gniazdek, podpięci do internetu poprzez przekaźnik sieci komórkowej zamontowany w pociągu. cywilizacja. co nie przeszkadzało nam w byciu świadkiem kłótni dwóch starszych pań o miejsce na nogi pod stołem, zakończonej wymianą uprzejmości w postaci "stul pysk!" - "to ty stul pysk!". brak grzecznościowej formy 'pan/pani' w angielskim pozwala szybko rozwiązywać konflikty!
Published with Blogger-droid v1.5.8
czytając, wyobraź sobie, że jest 6:00 rano
jest barbarzyńska godzina 5:58 rano. drugi raz w ciągu ostatniego tygodnia wstajemy przed wschodem słońca. a wszystko to dlatego, że mamy wakacje! no bo kto by się poświęcał i wstawał tak wcześnie do pracy? o tej godzinie to tylko dzikie psy po polach biegają. i mleczarze. o ile jeszcze taki zawód istnieje.
pociąg sygnalizuje odjazd, znaczy ruszamy. mamy wielką nadzieję ZOBACZYĆ most z Harry'ego Pottera. (Michaś dopisuje, że ów Glenfinnan Viaduct ma dwadzieścia osiem czy dwadzieścia dziewięć przęseł i cały idzie po łuku!) czy się uda, dowiemy się w ciągu pół godziny, jeżeli słońce zdąży wyjść zza gór. w razie czego są pocztówki. i Harry Potter.
żegnamy się już z Isle of Skye po drugiej stronie cieśniny, a za jakiś czas pożegnamy się ze Szkocją, jak tylko zmienimy pociąg w Glasgow. w związku z czym dokonam szybkiego przeglądu ostatniego dnia, bo z racji braku weny twórczej olaliśmy chwilowo aktualizacje dziennika. a było tak:
w poniedziałkowy poranek zwlekliśmy się z łóżka około dziewiątej rano i spokojnie zebraliśmy się na autobus o 10:15. mogliśmy tym busem dojechać aż do portu, z którego planowaliśmy przeprawę promem z powrotem na większy ląd, ale postanowiliśmy sobie zrobić przystanek w Broadford. jak już pisałem, jets to tutejszy węzeł komunikacyjny i poza tym nie posiada żadnego innego znaczenia. parę domków na krzyż, niewielki port i tyle. Michaś pobiegał trochę po plaży, pogadał z panem zbierającym ślimaki, znalazł mnóstwo życia w nieckach poprzypływowych, ja dałem się przewiać na molo i to tyle, co zrobiliśmy w Broadford. no dobrze, wsiedliśmy tam jeszcze w autobus w dalszą drogę. po pół godzinie byliśmy już w Armadale i musieliśmy tylko poczekać 20 minut na prom. szybko przeprawiliśmy się na drugą stronę wody i wylądowaliśmy w Mallaig - zadupiu, w którym z niewiadomych przyczyn były tłumy ludzi i siedziały w knajpach przepłacając za świeże ryby i inne owoce morza. planowaliśmy jakiś wypad w okolice, ale mnie zaczął boleć brzuch od tego przewiania wcześniej, a poza tym zaczęło WIAĆ. i tak wiało aż do momentu opuszczenia przez nas tej dziury. dodam tylko, że Michaś dorwał się w sklepie do krewetek w pancerzykach i dzielnie je sobie obierał w hostelu z pancerzyków do kolacji. i do tego właściwie ograniczyła się nasza wczorajsza aktywność. poszliśmy spać około dziesiątej wieczorem mając w perspektywie pobudkę o piątej trzydzieści. i tak nastało dzisiaj.
a teraz jedziemy pociągiem do Glasgow i rozdziawiamy japy podziwiając wschód słońca za oknem.
pociąg sygnalizuje odjazd, znaczy ruszamy. mamy wielką nadzieję ZOBACZYĆ most z Harry'ego Pottera. (Michaś dopisuje, że ów Glenfinnan Viaduct ma dwadzieścia osiem czy dwadzieścia dziewięć przęseł i cały idzie po łuku!) czy się uda, dowiemy się w ciągu pół godziny, jeżeli słońce zdąży wyjść zza gór. w razie czego są pocztówki. i Harry Potter.
żegnamy się już z Isle of Skye po drugiej stronie cieśniny, a za jakiś czas pożegnamy się ze Szkocją, jak tylko zmienimy pociąg w Glasgow. w związku z czym dokonam szybkiego przeglądu ostatniego dnia, bo z racji braku weny twórczej olaliśmy chwilowo aktualizacje dziennika. a było tak:
w poniedziałkowy poranek zwlekliśmy się z łóżka około dziewiątej rano i spokojnie zebraliśmy się na autobus o 10:15. mogliśmy tym busem dojechać aż do portu, z którego planowaliśmy przeprawę promem z powrotem na większy ląd, ale postanowiliśmy sobie zrobić przystanek w Broadford. jak już pisałem, jets to tutejszy węzeł komunikacyjny i poza tym nie posiada żadnego innego znaczenia. parę domków na krzyż, niewielki port i tyle. Michaś pobiegał trochę po plaży, pogadał z panem zbierającym ślimaki, znalazł mnóstwo życia w nieckach poprzypływowych, ja dałem się przewiać na molo i to tyle, co zrobiliśmy w Broadford. no dobrze, wsiedliśmy tam jeszcze w autobus w dalszą drogę. po pół godzinie byliśmy już w Armadale i musieliśmy tylko poczekać 20 minut na prom. szybko przeprawiliśmy się na drugą stronę wody i wylądowaliśmy w Mallaig - zadupiu, w którym z niewiadomych przyczyn były tłumy ludzi i siedziały w knajpach przepłacając za świeże ryby i inne owoce morza. planowaliśmy jakiś wypad w okolice, ale mnie zaczął boleć brzuch od tego przewiania wcześniej, a poza tym zaczęło WIAĆ. i tak wiało aż do momentu opuszczenia przez nas tej dziury. dodam tylko, że Michaś dorwał się w sklepie do krewetek w pancerzykach i dzielnie je sobie obierał w hostelu z pancerzyków do kolacji. i do tego właściwie ograniczyła się nasza wczorajsza aktywność. poszliśmy spać około dziesiątej wieczorem mając w perspektywie pobudkę o piątej trzydzieści. i tak nastało dzisiaj.
a teraz jedziemy pociągiem do Glasgow i rozdziawiamy japy podziwiając wschód słońca za oknem.
poniedziałek, 6 września 2010
kolacja
Michaś dorwał się do świeżych krewetek w sklepie i teraz je łuska na kolację. a ja udaję, że nie widzę.
Published with Blogger-droid v1.5.8
w Mallaig
zrobiło się bardzo wietrznie. nie jest jakoś zimno, ale przenikliwy wicher nie jest zbyt przyjemny i trochę daje w kość. Mallaig jest niewielkie, za to ceny w knajpach ma z kosmosu.
Published with Blogger-droid v1.5.8
południe w Broadford
przystanek w miasteczku, które stanowi węzeł komunikacyjny na Skye i w którym kompletnie nic nie ma poza małym portem i pocztą. o 12 wsiadamy w busa, który dowiezie nas na prom, którym z kolei dopłyniemy do Mallaig, gdzie spędzimy noc i bardzo wczesnym porankiem wsiądziemy w pociąg.
Published with Blogger-droid v1.5.8
niedziela, 5 września 2010
Drugie śniadanie w Ameryce
czyli wszystko, o czym zapomniałem pisząc pierwszą notkę z amerykańskiej ziemi. wymieniając lokalną zwierzynę zapomniałem, oczywiście, o czymś, co przebiło króliki z Edynburga, a konkretnie o sowach z Inverness, wystawionych przez lokalne towarzystwo pomocy ptakom na sobotnim jarmarku. dwa puchacze (bądź inne wielkie sowy z puchatymi stopami.) ozdobione tabliczką z ostrzeżeniem dla właścicieli psów. psy należy trzymać z daleka, bo sowy to ptaki drapieżne. były wielkości indyka, więc mały pies mógłby rzeczywiście ucierpieć.
widzieliśmy też lamy, ale bez ostrzeżenia. kolejne powiązanie z Ameryką. jest też sporo czapli, w ogóle ptaków. w dolinie Glen Carron widzieliśmy też zwierzynę płową, biegła wzdłuż torów.
teraz jest trochę po południu, idziemy z Portree, gdzie mieszkamy w starej poczcie przerobionej na schronisko, do oddalonego o dziesięć kilometrów na północ klifu z kilkoma ostańcami u podnóża - Old Man of Storr. zrobiliśmy postój pod wodospadem; Tygrys szaleje ze statywem. (plecak na drobiazgi do aparatu prawie sturlał się do strumienia.) w dole faluje loch, a z góry beczą na nas barant. mamy tylko jedną butelkę wody; kiedy się skończy, napełnimy ją w jednym z potoków. na zmianę chmurzy się i świeci słońce.
pierwotnie planowaliśmy objechać całą wyspę autobusami, ale tu prawie nic nie jeździ, a już szczególnie w niedzielę. wczoraj udało nam się przegapić ostatni autobus do Portree z dworca w Kyle of Lochalsh, mogliśmy dojechać tylko do Broadford w połowie drogi. zmyliła nas obecność w rozkładzie późniejszych połączeń do Portree, które po sprawdzeniu pekaesowskich przypisów okazały się jeździć tylko w lipcu i sieprniu. bez problemu pokonaliśmy resztę drogi stopem, inaczej musielibyśmy czekać dwie godziny na autobus dalekobieżny jadący aż z Glasgow, w dodatku bilet kosztowałby bezsensowne pieniądze. tymczasem nie zdążyliśmy nawet raz zamachać, a już zatrzymał się wóz, który zabrał nas kawałek w dobrym kierunku.
jutrzejszy rozkład komunikacji jest nieco lepszy, ale musimy zacząć wracać, nie będzie więc czasu na ekskursje. zwiedzimy resztę wyspy serią przystanków w drodze na prom, którym opuścimy Skye. we wtorek o szóstej rano musimy wsiąść w pociąg w miejscowości po drugiej stronie cieśniny. na razie zaś będziemy iść dalej na północ, a potem z powrotem do miasteczka. kupiliśmy makaron na kolację, którą ugotujemy w ogromnej kuchni. hostel w ogóle jest ciekawy, dotyczy to szczególnie kolorów. nasz pokój jest limonkowo-fioletowy, obok jest korytarz pomidorowy, a wyższe piętro jest lawendowe. za oknem morze, rude wodorosty odsłonięte przez odpływ, grzebią w nich mewy w poszukiwaniu morskich żyjątek. sam muszę zjeść jakieś morskie żyjątka, może w poniedziałek uda mi się znaleźć dobre przegrzebki.
a teraz już naprawdę powinniśmy iść dalej.
(wrzucone po powrocie z wycieczki, przed kolacją. do ciekawej zwierzyny doliczam skameniałe odciski amonitów na plaży.)
widzieliśmy też lamy, ale bez ostrzeżenia. kolejne powiązanie z Ameryką. jest też sporo czapli, w ogóle ptaków. w dolinie Glen Carron widzieliśmy też zwierzynę płową, biegła wzdłuż torów.
teraz jest trochę po południu, idziemy z Portree, gdzie mieszkamy w starej poczcie przerobionej na schronisko, do oddalonego o dziesięć kilometrów na północ klifu z kilkoma ostańcami u podnóża - Old Man of Storr. zrobiliśmy postój pod wodospadem; Tygrys szaleje ze statywem. (plecak na drobiazgi do aparatu prawie sturlał się do strumienia.) w dole faluje loch, a z góry beczą na nas barant. mamy tylko jedną butelkę wody; kiedy się skończy, napełnimy ją w jednym z potoków. na zmianę chmurzy się i świeci słońce.
pierwotnie planowaliśmy objechać całą wyspę autobusami, ale tu prawie nic nie jeździ, a już szczególnie w niedzielę. wczoraj udało nam się przegapić ostatni autobus do Portree z dworca w Kyle of Lochalsh, mogliśmy dojechać tylko do Broadford w połowie drogi. zmyliła nas obecność w rozkładzie późniejszych połączeń do Portree, które po sprawdzeniu pekaesowskich przypisów okazały się jeździć tylko w lipcu i sieprniu. bez problemu pokonaliśmy resztę drogi stopem, inaczej musielibyśmy czekać dwie godziny na autobus dalekobieżny jadący aż z Glasgow, w dodatku bilet kosztowałby bezsensowne pieniądze. tymczasem nie zdążyliśmy nawet raz zamachać, a już zatrzymał się wóz, który zabrał nas kawałek w dobrym kierunku.
jutrzejszy rozkład komunikacji jest nieco lepszy, ale musimy zacząć wracać, nie będzie więc czasu na ekskursje. zwiedzimy resztę wyspy serią przystanków w drodze na prom, którym opuścimy Skye. we wtorek o szóstej rano musimy wsiąść w pociąg w miejscowości po drugiej stronie cieśniny. na razie zaś będziemy iść dalej na północ, a potem z powrotem do miasteczka. kupiliśmy makaron na kolację, którą ugotujemy w ogromnej kuchni. hostel w ogóle jest ciekawy, dotyczy to szczególnie kolorów. nasz pokój jest limonkowo-fioletowy, obok jest korytarz pomidorowy, a wyższe piętro jest lawendowe. za oknem morze, rude wodorosty odsłonięte przez odpływ, grzebią w nich mewy w poszukiwaniu morskich żyjątek. sam muszę zjeść jakieś morskie żyjątka, może w poniedziałek uda mi się znaleźć dobre przegrzebki.
a teraz już naprawdę powinniśmy iść dalej.
(wrzucone po powrocie z wycieczki, przed kolacją. do ciekawej zwierzyny doliczam skameniałe odciski amonitów na plaży.)
Śniadanie w Ameryce
wczoraj rano przejeżdżaliśmy przez Australię, po południu byliśmy już w Ameryce. zanim Europa i Ameryka Północna rozdzieliły się ileś tam milionów lat temu, były połączone, a jeszcze przedtem znowu były osobnymi kontynentami. obecna północna Szkocja przysunęła się do Europy przyklejona do Nowej Fundlandii, a gdy ta się żegnała z Europą, Szkocja została na miejscu.
jesteśmy na Skye w Hebrydach Wewnętrznych. dotarły tu już wszystkie sieci komórkowe poza naszą, więc kontakt będzie przerywany. autobusy jeżdżą rzadko, a już szczególnie w niedzielę, idziemy więc na pieszą wycieczkę wzdłuż wybrzeża. a przedtem do supermarketu po leki na przeziębienie, bo jest tu dość chłodno i już wczoraj rozbolało mnie gardło.
wszędzie kraczą mewy. pewnie znowu zobaczymy owce, choć więcej było ich na stałym lądzie. znaczy, na głównej wyspie. ale i tak nic nie przebije dzikich królików kopiących norki w obwałowaniu torów obok Edynburga.
jesteśmy na Skye w Hebrydach Wewnętrznych. dotarły tu już wszystkie sieci komórkowe poza naszą, więc kontakt będzie przerywany. autobusy jeżdżą rzadko, a już szczególnie w niedzielę, idziemy więc na pieszą wycieczkę wzdłuż wybrzeża. a przedtem do supermarketu po leki na przeziębienie, bo jest tu dość chłodno i już wczoraj rozbolało mnie gardło.
wszędzie kraczą mewy. pewnie znowu zobaczymy owce, choć więcej było ich na stałym lądzie. znaczy, na głównej wyspie. ale i tak nic nie przebije dzikich królików kopiących norki w obwałowaniu torów obok Edynburga.
Victorious Victorians in Space! - Wiktorian kosmiczna wiktoria
siedzimy w pociągu do Inverness. pół godziny temu pożegnaliśmy się z Edim (tak Edynburga tubylcy mówią na swoje miasto) i teraz zmierzamy przez Highlands w kierunku Isle of Skye, gdzie spędzimy ponad dwa dni.
ale wróćmy może do Ediego, bo Michasiowa notka urywa się w momencie dotarcia do miasta. nam się urwał tego wieczoru film, ale to za chwilę, bo wcześniej, po załadowaniu się do hostelu i krótkim odpoczynku, ruszyliśmy na szybki rekonesans po okolicy, który zakończył się spotkaniem z dawno nie widzianą przyjaciółką Michasia z liceum.
Edynburg jest śliczny. jakbym miał porównać do polskich miast to chyba najbardziej pasowałoby połączenie Trójmiasta i Wrocławia - mnóstwo starej, klimatycznej zabudowy. *tutaj pióroturę przejmuje Michaś; dzień dobry państwu, dziękuję za liczne przybycie.* pierwszego wieczora nie mieliśmy wiele czasu, pobiegaliśmy tylko po Starym Smrodkowie - średniowieczna część Edynburga nazywa się "Auld Reekie" - i przekroczyliśmy wiadukt ponad ponurym, przemysłowym wąwozem dworca, by spotkać Magdę na głównej ulicy Nowego Miasta.
tak naprawdę istnieją dwa Edynburgi: południowa część miasta to starożytne, ponure transylwańskie miasteczko rozsypane na kilku stromych wulkanicznych pagórkach, północna jest zaś bardziej płaskim i regularnym osiemnastowiecznym remedium na zatłoczone i śmierdzące stare miasto. wracając jednak do części towarzyskiej wieczoru, spędziliśmy go nadzwyczaj miło i przyjemnie w towarzystwie Magdy i Roberta, a później teź ich współlokatora, poznając uroki whisky. Grzesiek nigdy nie lubił rudej na myszach pędzonej, ja pijałem ją bardziej jako trunek snobistyczny niż smaczny, ale dzięki Robertowi i jego doświadczeniu w prowadzeniu hotelowego baru zmieniliśmy podejście o sto osiemdziesiąt stopni. wystarczy znaleźć dobrą whisky.
mamy już zatem listę pierwszych rzeczy, które w Wielkiej Brytanii przypadły nam do gustu. otwiera ją Jameson - irlandzka, a nie szkocka - a dalej tkwi śmiesznie łagodne piwo John Smith's Extra Smooth, którym Grzesiek popijał piątkowy lunch. mnie strasznie spodobał się tartan klanu Buchanan, który wcale nie jest w szkocką kratkę, tylko zabawnie żółto-fioletowy. i oczywiście nielimitowany internet za pięć funtów miesięcznie w T-Mobile! nie polubiliśmy za to ruchu lewostronnego; jednak ciężko się przestawić, zwłaszcza w mieście, które chorobliwie remontuje przejścia dla pieszych i nie bardzo wiadomo, którędy iść. kraczemy jak tutejsze wrony, bo już nauczyliśmy się od Szkotów przechodzić nieprzepisowo - mało kto ma cierpliwość, by szukać działających świateł i jeszcze czekać godzinami, aż włączy się zielone.
piątek był dniem wielkiej gonitwy. mieliśmy cały dzień i tylko dzień na poznanie Edynburga. przemogliśmy poranną niemoc, zwlekliśmy się z łóżek i ruszyliśmy na Auld Reekie. (wystarczyło wyjść z hostelu, bo mieszkaliśmy przy głównej ulicy.) praktycznie wszystko w tej części miasta jest gotyckie i autentyczne. od głównego traktu - Królewskiej Mili - odbiegają closes, czyli kalekie dzieci podwórka i ulicy, powykrzywiane, wąziutkie, wbiegające i opadające stromymi schodami z wzniesienia. stare miasto zaskakuje różnicami poziomów. trzykondygnacyjne budynki okazują się sześciokondygnacyjnymi, kiedy skręcisz za róg i zobaczysz, że przecznica nie jest przecznicą, ale wciśniętą w ciemnoszary kamienny kanion osobną ulicą dziesięć lub więcej metrów niżej.
wszystkie te różnice wysokości, schodki o uroczych nazwach ("Granny's Green Steps", czyli "Zielone Stopnie Babuni", na których odczuliśmy poważne wzmożenie kaca.), kamienne krużganki, blanki, przypory i wieżyczki składają się na wrażenie, że jesteśmy za kulisami jakiejś bajki. aczkolwiek wystarczy lekko poskrobać paznokciem, żeby pod warstwą disneya znaleźć bardziej mroczne i pokręcone historie. (w pochmurne dni musi to być wyjątkowo przygnębiający krajobraz.) dodatkowo wzmacniają ten efekt groteski atrakcje trwającego festiwalu teatralnego, który pierwszy raz objawił nam się w postaci grupy ludzi w najprzeróżniejszych kostiumach: Śnieżki, Supermana, Człowieka W Całości Spowitego W Obcisły Fioletowy Kombinezon Zasłaniający Głowę I Twarz. festiwal skończy się w niedzielę spektakularnym pokazem fajerwerków i trochę żałujemy, że nie będziemy mieli okazji tego zobaczyć. tym bardziej mamy powód do powrotu. musimy zresztą zobaczyć wszystkie rzeczy, o których opowiedzieli nam Magda i Robert, a na które nie starczyło nam czasu: widokowe Wzgórze Artura nad miastem, dawne ulice zamurowane pod powierzchnią ulic Starego Miasta, Dynamic Earth, czyli interaktywne muzeum geologii, luksusowy liniowiec oceaniczny (obecnie statyczny.) Britannia. jeden dzień na Edynburg to za mało, dużo za mało.
oczywiście, oprócz rzeczy, których nie widzieliśmy, są miejsca, które zobaczyliśmy. zamek i pałac na obu końcach Królewskiej Mili nie zwiały nam czapek z głów, (szczególnie zamek, którego zewnętrzny dziedziniec został pożarty przez drucianego potwora - trybunę przygotowaną na okoliczność ceremonialnej zmiany warty, która odbywa się tam okazjonalnie. z daleka wygląda to tak, jak gdyby na zamku zacumował latający stadion.), za to katedrę odwiedziliśmy dwa razy, żeby zrobić porządną sesję zdjęciową witrażom. w tej części miasta pełno jest gotyckiego detalu, gapiliśmy się na różne detale godzinami.
Nowe Miasto jest spokojniejsze, georgiańsko-wiktoriańskie, takie marzenie wyższej klasy średniej. szerokie ulice, owalne place, uładzone domki licowane kamieniem i z kolorowymi drzwiami. zaraz przy dworcu stoi dowód, że to brytyjczycy byli pierwszymi ludźmi w kosmosie - dziewiętnastowieczny pomnik Waltera Scotta zasiada pośrodku absurdalnej neogotyckiej rakiety kosmicznej z iglicą wycelowaną w niebo. skrajem śródmieścia wije się rzeczka Water of Leith, dawniej spiętrzana przez jedenaście młynów, obecnie zamieniona w trakt rekreacyjny z sielskimi, zupełnie nie miejskimi widokami i wyskakującym znienacka niebotycznym mostem spinającym kilkanaście pięter wyżej skraje doliny. podążyliśmy za wodą do ogrodu botanicznego, bo przecież nie potrafimy odpuścić sobie dobrej okazji do makrofotografii roślinek, a była to zaiste fajna okazja. szykujcie się, będziecie zamęczani zbliżeniami storczyków. Magda już przez to bohatersko przeszła.
a teraz opuściliśmy już Ediego, śmigamy po głowie i kapeluszu czarownicy. (jak spojrzycie na mapę przymrujżając oko, Wielka Brytania wygląda trochę jak siedząca na miotle kobieta w spiczastej czapce.) specjalnie wybraliśmy pociąg, który przejeżdżał przez najstarszy na świecie kratownicowy most kolejowy nad fiordem Forth. (każda podróż przebiega szlakiem czegoś, my wybieramy na razie szlak ogrodów botanicznych i zabytków przemysłu.) most jest ogromny nawet z daleka, a z bliska zupełnie obezwładnia masywnymi belkami nośnymi; Wieża Eiffla wysiada! przecięliśmy już Fife, zgubiliśmy wybrzeże i jesteśmy w zamglonych górach (Grampiany; mamy idealny okres, wrzosowiska zaczynają kwitnąć.), a niedawno byliśmy nawet w Australii - przejeżdżaliśmy przez Perth. będziemy też niedaleko doliny rzeki Dee z zamkiem Balmoral, gdzie dziś powinna gościć rodzina królewska z okazji corocznego zjazdu szkockich klanów. potem półtoragodzinna przesiadka w Inverness; może skusimy się na wycieczkę busem nad Loch Ness, ale raczej skusimy się na lunch. co przypomina mi, że w torbie czeka ostatni opieczony crumpet i słoik nutelli. i wielki nóż z zawiniętym czubkiem, którego muszę użyć na oczach współpasażerów do posmarowania jednego drugim. może nie wyrzucą mnie z tego powodu z pociągu!
pe_es: ostatecznie posmarowałem paluchem; mniam! a notka wrzucona dopiero z Hebrydów; w pociągu było różnie z internetem, potem okazało się, że na Skye jest ciężko nawet z telefonem, więc kupiliśmy płatne wifi na jeden dzień.
ale wróćmy może do Ediego, bo Michasiowa notka urywa się w momencie dotarcia do miasta. nam się urwał tego wieczoru film, ale to za chwilę, bo wcześniej, po załadowaniu się do hostelu i krótkim odpoczynku, ruszyliśmy na szybki rekonesans po okolicy, który zakończył się spotkaniem z dawno nie widzianą przyjaciółką Michasia z liceum.
Edynburg jest śliczny. jakbym miał porównać do polskich miast to chyba najbardziej pasowałoby połączenie Trójmiasta i Wrocławia - mnóstwo starej, klimatycznej zabudowy. *tutaj pióroturę przejmuje Michaś; dzień dobry państwu, dziękuję za liczne przybycie.* pierwszego wieczora nie mieliśmy wiele czasu, pobiegaliśmy tylko po Starym Smrodkowie - średniowieczna część Edynburga nazywa się "Auld Reekie" - i przekroczyliśmy wiadukt ponad ponurym, przemysłowym wąwozem dworca, by spotkać Magdę na głównej ulicy Nowego Miasta.
tak naprawdę istnieją dwa Edynburgi: południowa część miasta to starożytne, ponure transylwańskie miasteczko rozsypane na kilku stromych wulkanicznych pagórkach, północna jest zaś bardziej płaskim i regularnym osiemnastowiecznym remedium na zatłoczone i śmierdzące stare miasto. wracając jednak do części towarzyskiej wieczoru, spędziliśmy go nadzwyczaj miło i przyjemnie w towarzystwie Magdy i Roberta, a później teź ich współlokatora, poznając uroki whisky. Grzesiek nigdy nie lubił rudej na myszach pędzonej, ja pijałem ją bardziej jako trunek snobistyczny niż smaczny, ale dzięki Robertowi i jego doświadczeniu w prowadzeniu hotelowego baru zmieniliśmy podejście o sto osiemdziesiąt stopni. wystarczy znaleźć dobrą whisky.
mamy już zatem listę pierwszych rzeczy, które w Wielkiej Brytanii przypadły nam do gustu. otwiera ją Jameson - irlandzka, a nie szkocka - a dalej tkwi śmiesznie łagodne piwo John Smith's Extra Smooth, którym Grzesiek popijał piątkowy lunch. mnie strasznie spodobał się tartan klanu Buchanan, który wcale nie jest w szkocką kratkę, tylko zabawnie żółto-fioletowy. i oczywiście nielimitowany internet za pięć funtów miesięcznie w T-Mobile! nie polubiliśmy za to ruchu lewostronnego; jednak ciężko się przestawić, zwłaszcza w mieście, które chorobliwie remontuje przejścia dla pieszych i nie bardzo wiadomo, którędy iść. kraczemy jak tutejsze wrony, bo już nauczyliśmy się od Szkotów przechodzić nieprzepisowo - mało kto ma cierpliwość, by szukać działających świateł i jeszcze czekać godzinami, aż włączy się zielone.
piątek był dniem wielkiej gonitwy. mieliśmy cały dzień i tylko dzień na poznanie Edynburga. przemogliśmy poranną niemoc, zwlekliśmy się z łóżek i ruszyliśmy na Auld Reekie. (wystarczyło wyjść z hostelu, bo mieszkaliśmy przy głównej ulicy.) praktycznie wszystko w tej części miasta jest gotyckie i autentyczne. od głównego traktu - Królewskiej Mili - odbiegają closes, czyli kalekie dzieci podwórka i ulicy, powykrzywiane, wąziutkie, wbiegające i opadające stromymi schodami z wzniesienia. stare miasto zaskakuje różnicami poziomów. trzykondygnacyjne budynki okazują się sześciokondygnacyjnymi, kiedy skręcisz za róg i zobaczysz, że przecznica nie jest przecznicą, ale wciśniętą w ciemnoszary kamienny kanion osobną ulicą dziesięć lub więcej metrów niżej.
wszystkie te różnice wysokości, schodki o uroczych nazwach ("Granny's Green Steps", czyli "Zielone Stopnie Babuni", na których odczuliśmy poważne wzmożenie kaca.), kamienne krużganki, blanki, przypory i wieżyczki składają się na wrażenie, że jesteśmy za kulisami jakiejś bajki. aczkolwiek wystarczy lekko poskrobać paznokciem, żeby pod warstwą disneya znaleźć bardziej mroczne i pokręcone historie. (w pochmurne dni musi to być wyjątkowo przygnębiający krajobraz.) dodatkowo wzmacniają ten efekt groteski atrakcje trwającego festiwalu teatralnego, który pierwszy raz objawił nam się w postaci grupy ludzi w najprzeróżniejszych kostiumach: Śnieżki, Supermana, Człowieka W Całości Spowitego W Obcisły Fioletowy Kombinezon Zasłaniający Głowę I Twarz. festiwal skończy się w niedzielę spektakularnym pokazem fajerwerków i trochę żałujemy, że nie będziemy mieli okazji tego zobaczyć. tym bardziej mamy powód do powrotu. musimy zresztą zobaczyć wszystkie rzeczy, o których opowiedzieli nam Magda i Robert, a na które nie starczyło nam czasu: widokowe Wzgórze Artura nad miastem, dawne ulice zamurowane pod powierzchnią ulic Starego Miasta, Dynamic Earth, czyli interaktywne muzeum geologii, luksusowy liniowiec oceaniczny (obecnie statyczny.) Britannia. jeden dzień na Edynburg to za mało, dużo za mało.
oczywiście, oprócz rzeczy, których nie widzieliśmy, są miejsca, które zobaczyliśmy. zamek i pałac na obu końcach Królewskiej Mili nie zwiały nam czapek z głów, (szczególnie zamek, którego zewnętrzny dziedziniec został pożarty przez drucianego potwora - trybunę przygotowaną na okoliczność ceremonialnej zmiany warty, która odbywa się tam okazjonalnie. z daleka wygląda to tak, jak gdyby na zamku zacumował latający stadion.), za to katedrę odwiedziliśmy dwa razy, żeby zrobić porządną sesję zdjęciową witrażom. w tej części miasta pełno jest gotyckiego detalu, gapiliśmy się na różne detale godzinami.
Nowe Miasto jest spokojniejsze, georgiańsko-wiktoriańskie, takie marzenie wyższej klasy średniej. szerokie ulice, owalne place, uładzone domki licowane kamieniem i z kolorowymi drzwiami. zaraz przy dworcu stoi dowód, że to brytyjczycy byli pierwszymi ludźmi w kosmosie - dziewiętnastowieczny pomnik Waltera Scotta zasiada pośrodku absurdalnej neogotyckiej rakiety kosmicznej z iglicą wycelowaną w niebo. skrajem śródmieścia wije się rzeczka Water of Leith, dawniej spiętrzana przez jedenaście młynów, obecnie zamieniona w trakt rekreacyjny z sielskimi, zupełnie nie miejskimi widokami i wyskakującym znienacka niebotycznym mostem spinającym kilkanaście pięter wyżej skraje doliny. podążyliśmy za wodą do ogrodu botanicznego, bo przecież nie potrafimy odpuścić sobie dobrej okazji do makrofotografii roślinek, a była to zaiste fajna okazja. szykujcie się, będziecie zamęczani zbliżeniami storczyków. Magda już przez to bohatersko przeszła.
a teraz opuściliśmy już Ediego, śmigamy po głowie i kapeluszu czarownicy. (jak spojrzycie na mapę przymrujżając oko, Wielka Brytania wygląda trochę jak siedząca na miotle kobieta w spiczastej czapce.) specjalnie wybraliśmy pociąg, który przejeżdżał przez najstarszy na świecie kratownicowy most kolejowy nad fiordem Forth. (każda podróż przebiega szlakiem czegoś, my wybieramy na razie szlak ogrodów botanicznych i zabytków przemysłu.) most jest ogromny nawet z daleka, a z bliska zupełnie obezwładnia masywnymi belkami nośnymi; Wieża Eiffla wysiada! przecięliśmy już Fife, zgubiliśmy wybrzeże i jesteśmy w zamglonych górach (Grampiany; mamy idealny okres, wrzosowiska zaczynają kwitnąć.), a niedawno byliśmy nawet w Australii - przejeżdżaliśmy przez Perth. będziemy też niedaleko doliny rzeki Dee z zamkiem Balmoral, gdzie dziś powinna gościć rodzina królewska z okazji corocznego zjazdu szkockich klanów. potem półtoragodzinna przesiadka w Inverness; może skusimy się na wycieczkę busem nad Loch Ness, ale raczej skusimy się na lunch. co przypomina mi, że w torbie czeka ostatni opieczony crumpet i słoik nutelli. i wielki nóż z zawiniętym czubkiem, którego muszę użyć na oczach współpasażerów do posmarowania jednego drugim. może nie wyrzucą mnie z tego powodu z pociągu!
pe_es: ostatecznie posmarowałem paluchem; mniam! a notka wrzucona dopiero z Hebrydów; w pociągu było różnie z internetem, potem okazało się, że na Skye jest ciężko nawet z telefonem, więc kupiliśmy płatne wifi na jeden dzień.
sobota, 4 września 2010
michaś wklepuje nową notkę
będzie o tym, jak pałętaliśmy się po Edim, o tym jak z własnej woli piłem whisky i że światła na skrzyżowaniach mogą być źródłem głębokiego stresu.
Published with Blogger-droid v1.5.8
trawniki
to tu naprawdę mają takie angielskie, strzyżone przez trzysta lat, idealnie równe i miękkie jak dywan
Published with Blogger-droid v1.5.8
piątek, 3 września 2010
Edi gra na dudach
poważnie, co i rusz zza okna słychać Auld Lang Syne bądź aranżacje współczesnego rocka w wersji na dudy. być może to efekt trwającego jeszcze Festiwalu, a może tak jest tu cały rok. miasto jest do tego stopnia z innego świata, że nie zdziwiłoby mnie i to.
czwartek, 2 września 2010
Glasgow, Scottish Lowlands i obiekty zapomniane
no to jesteśmy w Szkocji i, zgodnie z przewidywaniami, nie zawsze rozumiemy, co się do nas mówi. póki to my inicujemy rozmowę, nie jest źle, ale gry ktoś nas zaskoczy, bywa żenująco. mamy nadzieję, że osłuchanie się ze szkockim akcentem zajmie nam mniej niż tydzień, bo w przybliżeniu tyle czasu spędzimy w tej części wyspy. Grzesiek prosił mnie o przygotowanie mapki obrazującej nasze plany; niestety przed wyjazdem nie było na to czasu, teraz zaś nie ma takiej możliwości, ponieważ łączenie się z internetem (żeby pobrać mapkę.) zużywa baterię i komputera, i telefonu Grześka, który służy za modem. pierwszą naszą czynnością po przybyciu do Glasgow było, oczywiście, zasięgnięcie języka w informacji turystycznej, gdzie skierowano nas do galerii handlowej wyposażonej w salon T-Mobile. (Grzesiek jeszcze w Polsce ustalił, że oferta tej sieci najlepiej odpowiada naszym potrzebom.) mapka zatem powstanie w późniejszym terminie, prawdopodobnie wieczorem w hostelu, zamiast czytania do poduszki. dziś wprawdzie nie przewidujemy problemów z zaśnięciem, bowiem jesteśmy na nogach od wpół do czwartej, ale jutro może się udać.
póki co ekscytacja podróżą chroni nas przed zmęczeniem, ale niewątpliwie wieczorem padniemy jak kłody. przespawszy zaledwie kilka godzin, już rano byliśmy półprzytomni, co zaowocowało zostawieniem w lodówce połowy prowiantu. sprawdzając plecak, zapomniałem dopakować banany i bułki z camembertem; ostały nam się tylko słodycze i woda, które nie musiały spędzać nocy w warunkach chłodniczych. no cóż, mamy nadzieję, że Andrzej, którego poprosiliśmy o podlewanie ziół i sprawdzanie skrzynki pocztowej skusi się na ten niespodziankowy piknik. przekąszając, będzie mógł poczytać przewodnik po Londynie, który również udało mi się zostawić, mimo że jeszcze niedawno przywiozłem go do mieszkania z domu w Chyliczkach. na szczęście nasz podstawowy przewodnik, wydawnictwo całościowo traktujące o Wielkiej Brytanii, siedzi w plecaku i nie wyściubia nosa. (chociaż raz już próbował ucieczki, rzucając się z ławki na trawnik poniżej.)
trawniki brytyjskie to, swoją drogą, punkt warty wspomnienia. stereotyp póki co potwierdza się; w przestrzeniach publicznych łaszą się gładkie zielone dywany, króciutko przystrzyżone, po których, oczywiście, można chodzić do woli. trzeba wręcz, ponieważ gdzieniegdzie po prostu nie przewidziano innej możliwości niż marsz po trawie. traktuje się ją po prostu jak zwykłą nawierzchnię, a najpiękniejsza znajduje się na polach golfowych. sama Szkocja jest bardzo zielona, a duże jej połacie niezadrzewione; dokładnie tak, jak przedstawiane to jest w ekranizacjach klasycznych angielskich powieści. bardzo tu sielankowo, lubimy to. i nie pomyliliśmy się sądząc pół roku temu, że maderyjski Cypel Świętego Wawrzyńca kojarzy nam się ze Szkocją. to bardzo podobny, łagodnie falujący teren pokryty soczystą niską roślinnością, która wraz ze wzrostem wysokości przechodzi w rudość skał. ponadto również na Maderze popularnością cieszy się golf. zdaje się, że Grzesiek zamieścił na tym blogu galerie zdjęć z naszych poprzednich podróży, możecie więc na własne oczy sprawdzić podobieństwo Madery do Szkocji.
ale nie wyprzedzajmy faktów. po pobudce o nienaturalnie wczesnej porze, dzięki uprzejmości Darka i Hondy Fanaberii dotarliśmy na Okęcie, odprawiliśmy się bez większych problemów i uzupełniliśmy prowiant o lotniskowe kanapki warte piętnaście złotych za sztukę. (w ten sposób zaczęliśmy przywykać do sporych wydatków. ceny w Wielkiej Brytanii są w przeliczeniu na polskie zarobki dość zabójcze, ale nie zamierzamy sobie skąpić. to przecież wakacje.) na pokładzie próbowałem złapać jeszcze trochę snu, ale układanie się w różnych pozycjach poskutkowało tylko tym, że drętwiała mi ręka albo noga, w dodatku zaprasowałem sobie skraj irokeza w buńczuczne kukuryku. obawy, że Wizz Air - jako tani przewoźnik - okaże się, cóż, tani i nieprzyjemny, nie sprawdziły się. również obsługa na Glasgow Prestwick była bardzo sprawna i już po chwili byliśmy w pociągu do miasta wraz z mieszkańcami przedmieść dojeżdżającymi do pracy. dopiero zaczynali dzień, dla nas była to zaś szósta jego godzina. w Glasgow niezbędne zakupy i kilkugodzinny spacer; wybraliśmy wycieczkę nad rzekę zamiast starożytnej katedry świętego Munga - może uda się ją zobaczyć, gdy za kilka dni znowu będziemy przesiadać się w tym miejscu. Glasgow nosi ślady dziewiętnastowiecznego przepychu, stare śródmieście jest oszałamiające, ale już niedaleko - właśnie nad stoczniową rzeką Clyde - widać jego późniejszą biedę, z której miasto dźwignęło się dopiero w ostatnich dekadach.
krótko po południu ruszyliśmy na wschód, w poprzek szkockich Lowlands, z zamiarem zakończenia dnia wizytą u mojej koleżanki z liceum, mieszkającą obecnie w Edynburgu. Lowlands to - w przeciwieństwie do Highlands - bardziej zanglicyzowana południowa część Szkocji. język gaelicki jest tu rzadziej używany (chociaż widzieliśmy dwujęzyczne napisy!), a i krajobraz odpowiada temu angielskiemu: niziny łagodnie falują pośród meandrujących rzek, krowy i owce wylegują się na pastiwskach wokół kęp potężnych drzewa jak z obrazka, no sielanka! jednak na bliższym i dalszym horyzoncie wielokrotnie widzieliśmy już góry (no dobrze, wzgórza.), znamionujące obecność tej drugiej, surowszej Szkocji, do której wybieramy się już w sobotę. dziś tymczasem zajechaliśmy na stację Camelon, skąd podreptaliśmy osiedlem bliźniaków nad przecinający wyspę ze wschodu na zachód kanał, aby zobaczyć położone na jego bocznej odnodze Falkirk Wheel. możecie obejrzeć je na zdjęciu w poprzednim wpisie. jest to jedyna, zapewne, w swoim rodzaju śluza działająca na mechanizmie kołowym; łodzie wpływają do wypełnionych wodą gondoli umieszczonych na średnicy ogromnego koła, które następnie obraca się, przenosząc górną gondolę na dół, a dolną na górę. zbiorniki dla statków również obracają się na łożyskach, niezmiennie zachowując poziom. ów wytwór wyuzdanej inżynierii pełni głównie funkcję turystyczną, windując wycieczki, ale jego skala i unikalność zagwarantowały mu miejsce w naszej podróży.
następnie cofnęliśmy się na północny zachód, do Stirling, zaskakująco zachwycającego kamiennego miasteczka, nad którym góruje dawny królewski zamek. sama budowla nie jest imponująca, ale roztacza się z niej wspaniały widok na dachy domów, wiktoriański cmentarz, odległe pola, kamienny most i podobnie filmowe obrazki. wszystko to skąpane w mocnym słońcu, bowiem nie tylko do Polski wróciła dziś pogoda. (z tego powodu ugotowałem się w czapce, z której pomocą próbowałem zaprasować niesforne kukuryku.) szczególne wrażenie zrobiła na nas stercząca z sąsiedniego wzgórza zrujnowana wieża, która zdaje się być dziewiętnastowiecznym pomnikiem wystawionym bohaterowi Williamowi Wallace'owi. doprawdy, Oko Saurona jak ulał.
większa część tego wpisu powstała w pociągu do Edynburga, dokąd ruszyliśmy ze Stirling. od godziny jesteśmy w hostelu, schniemy po prysznicu i zaraz biegniemy oglądać miasto z bliska - no i spotkać się z Magdą. jak dotąd najbardziej zainteresował nas nie słynny zamek, ale biegnący nieopodal wiadukt przerzucony nad dworcem Waverley w taki sposób, że przęsła wyłaniają się z czwartej kondygnacji budynków flankujących stację. jutro zrobimy zdjęcia, na razie zaś znikamy. notkę zapewne zamieścimy od Magdy, bądź później z hostelu.
aha, i rzeczywiście mówią w pociągach "please mind the gap"; nie tylko w metrze!
póki co ekscytacja podróżą chroni nas przed zmęczeniem, ale niewątpliwie wieczorem padniemy jak kłody. przespawszy zaledwie kilka godzin, już rano byliśmy półprzytomni, co zaowocowało zostawieniem w lodówce połowy prowiantu. sprawdzając plecak, zapomniałem dopakować banany i bułki z camembertem; ostały nam się tylko słodycze i woda, które nie musiały spędzać nocy w warunkach chłodniczych. no cóż, mamy nadzieję, że Andrzej, którego poprosiliśmy o podlewanie ziół i sprawdzanie skrzynki pocztowej skusi się na ten niespodziankowy piknik. przekąszając, będzie mógł poczytać przewodnik po Londynie, który również udało mi się zostawić, mimo że jeszcze niedawno przywiozłem go do mieszkania z domu w Chyliczkach. na szczęście nasz podstawowy przewodnik, wydawnictwo całościowo traktujące o Wielkiej Brytanii, siedzi w plecaku i nie wyściubia nosa. (chociaż raz już próbował ucieczki, rzucając się z ławki na trawnik poniżej.)
trawniki brytyjskie to, swoją drogą, punkt warty wspomnienia. stereotyp póki co potwierdza się; w przestrzeniach publicznych łaszą się gładkie zielone dywany, króciutko przystrzyżone, po których, oczywiście, można chodzić do woli. trzeba wręcz, ponieważ gdzieniegdzie po prostu nie przewidziano innej możliwości niż marsz po trawie. traktuje się ją po prostu jak zwykłą nawierzchnię, a najpiękniejsza znajduje się na polach golfowych. sama Szkocja jest bardzo zielona, a duże jej połacie niezadrzewione; dokładnie tak, jak przedstawiane to jest w ekranizacjach klasycznych angielskich powieści. bardzo tu sielankowo, lubimy to. i nie pomyliliśmy się sądząc pół roku temu, że maderyjski Cypel Świętego Wawrzyńca kojarzy nam się ze Szkocją. to bardzo podobny, łagodnie falujący teren pokryty soczystą niską roślinnością, która wraz ze wzrostem wysokości przechodzi w rudość skał. ponadto również na Maderze popularnością cieszy się golf. zdaje się, że Grzesiek zamieścił na tym blogu galerie zdjęć z naszych poprzednich podróży, możecie więc na własne oczy sprawdzić podobieństwo Madery do Szkocji.
ale nie wyprzedzajmy faktów. po pobudce o nienaturalnie wczesnej porze, dzięki uprzejmości Darka i Hondy Fanaberii dotarliśmy na Okęcie, odprawiliśmy się bez większych problemów i uzupełniliśmy prowiant o lotniskowe kanapki warte piętnaście złotych za sztukę. (w ten sposób zaczęliśmy przywykać do sporych wydatków. ceny w Wielkiej Brytanii są w przeliczeniu na polskie zarobki dość zabójcze, ale nie zamierzamy sobie skąpić. to przecież wakacje.) na pokładzie próbowałem złapać jeszcze trochę snu, ale układanie się w różnych pozycjach poskutkowało tylko tym, że drętwiała mi ręka albo noga, w dodatku zaprasowałem sobie skraj irokeza w buńczuczne kukuryku. obawy, że Wizz Air - jako tani przewoźnik - okaże się, cóż, tani i nieprzyjemny, nie sprawdziły się. również obsługa na Glasgow Prestwick była bardzo sprawna i już po chwili byliśmy w pociągu do miasta wraz z mieszkańcami przedmieść dojeżdżającymi do pracy. dopiero zaczynali dzień, dla nas była to zaś szósta jego godzina. w Glasgow niezbędne zakupy i kilkugodzinny spacer; wybraliśmy wycieczkę nad rzekę zamiast starożytnej katedry świętego Munga - może uda się ją zobaczyć, gdy za kilka dni znowu będziemy przesiadać się w tym miejscu. Glasgow nosi ślady dziewiętnastowiecznego przepychu, stare śródmieście jest oszałamiające, ale już niedaleko - właśnie nad stoczniową rzeką Clyde - widać jego późniejszą biedę, z której miasto dźwignęło się dopiero w ostatnich dekadach.
krótko po południu ruszyliśmy na wschód, w poprzek szkockich Lowlands, z zamiarem zakończenia dnia wizytą u mojej koleżanki z liceum, mieszkającą obecnie w Edynburgu. Lowlands to - w przeciwieństwie do Highlands - bardziej zanglicyzowana południowa część Szkocji. język gaelicki jest tu rzadziej używany (chociaż widzieliśmy dwujęzyczne napisy!), a i krajobraz odpowiada temu angielskiemu: niziny łagodnie falują pośród meandrujących rzek, krowy i owce wylegują się na pastiwskach wokół kęp potężnych drzewa jak z obrazka, no sielanka! jednak na bliższym i dalszym horyzoncie wielokrotnie widzieliśmy już góry (no dobrze, wzgórza.), znamionujące obecność tej drugiej, surowszej Szkocji, do której wybieramy się już w sobotę. dziś tymczasem zajechaliśmy na stację Camelon, skąd podreptaliśmy osiedlem bliźniaków nad przecinający wyspę ze wschodu na zachód kanał, aby zobaczyć położone na jego bocznej odnodze Falkirk Wheel. możecie obejrzeć je na zdjęciu w poprzednim wpisie. jest to jedyna, zapewne, w swoim rodzaju śluza działająca na mechanizmie kołowym; łodzie wpływają do wypełnionych wodą gondoli umieszczonych na średnicy ogromnego koła, które następnie obraca się, przenosząc górną gondolę na dół, a dolną na górę. zbiorniki dla statków również obracają się na łożyskach, niezmiennie zachowując poziom. ów wytwór wyuzdanej inżynierii pełni głównie funkcję turystyczną, windując wycieczki, ale jego skala i unikalność zagwarantowały mu miejsce w naszej podróży.
następnie cofnęliśmy się na północny zachód, do Stirling, zaskakująco zachwycającego kamiennego miasteczka, nad którym góruje dawny królewski zamek. sama budowla nie jest imponująca, ale roztacza się z niej wspaniały widok na dachy domów, wiktoriański cmentarz, odległe pola, kamienny most i podobnie filmowe obrazki. wszystko to skąpane w mocnym słońcu, bowiem nie tylko do Polski wróciła dziś pogoda. (z tego powodu ugotowałem się w czapce, z której pomocą próbowałem zaprasować niesforne kukuryku.) szczególne wrażenie zrobiła na nas stercząca z sąsiedniego wzgórza zrujnowana wieża, która zdaje się być dziewiętnastowiecznym pomnikiem wystawionym bohaterowi Williamowi Wallace'owi. doprawdy, Oko Saurona jak ulał.
większa część tego wpisu powstała w pociągu do Edynburga, dokąd ruszyliśmy ze Stirling. od godziny jesteśmy w hostelu, schniemy po prysznicu i zaraz biegniemy oglądać miasto z bliska - no i spotkać się z Magdą. jak dotąd najbardziej zainteresował nas nie słynny zamek, ale biegnący nieopodal wiadukt przerzucony nad dworcem Waverley w taki sposób, że przęsła wyłaniają się z czwartej kondygnacji budynków flankujących stację. jutro zrobimy zdjęcia, na razie zaś znikamy. notkę zapewne zamieścimy od Magdy, bądź później z hostelu.
aha, i rzeczywiście mówią w pociągach "please mind the gap"; nie tylko w metrze!
środa, 1 września 2010
prawie dwudziesta druga
mieliśmy spać już od godziny ale pakowanie zajęło trochę więcej, niż planowaliśmy, głównie ze względu na pranie, które przy obecnych warunkach pogodowych nie bardzo chce schnąć. część rzeczy udało się dosuszyć żelazkiem, część zostanie w warszawie, bo jest zbyt mokra nawet jak na żelazko i suszarkę do włosów razem wzięte.
plecak prawie zapakowany. małe plecaki też. wyliczamy sobie nawzajem czy czegoś nie zapomnieliśmy, ale przy ogólnym totalnym wypruciu aurą zewnętrzną nie bardzo rozumiemy co do siebie mówimy. jutro się przekonamy, czego zapomnieliśmy. choć mam wrażenie, że wzięliśmy nawet trochę za dużo. ale to jednak wyjazd na trzy tygodnie, więc chyba nie ma czegoś takiego jak "za dużo". zwłaszcza, że raczej możliwości prania nie będzie za wiele, więc musimy zapewnić sobie źródło czystej bielizny na cały okres podróży.
*zombie*
idę pod prysznic. boję się, że mnie trochę rozbudzi, co akurat nie jest wskazane, jeśli mam szybko zasnąć. w każdym razie, następna notka będzie pewnie już z lotniska.
plecak prawie zapakowany. małe plecaki też. wyliczamy sobie nawzajem czy czegoś nie zapomnieliśmy, ale przy ogólnym totalnym wypruciu aurą zewnętrzną nie bardzo rozumiemy co do siebie mówimy. jutro się przekonamy, czego zapomnieliśmy. choć mam wrażenie, że wzięliśmy nawet trochę za dużo. ale to jednak wyjazd na trzy tygodnie, więc chyba nie ma czegoś takiego jak "za dużo". zwłaszcza, że raczej możliwości prania nie będzie za wiele, więc musimy zapewnić sobie źródło czystej bielizny na cały okres podróży.
*zombie*
idę pod prysznic. boję się, że mnie trochę rozbudzi, co akurat nie jest wskazane, jeśli mam szybko zasnąć. w każdym razie, następna notka będzie pewnie już z lotniska.
dzień zero
Jutro wylot do UK. Ciągle w rozsypce, sporo rzeczy do zrobienia przed wyjazdem, zakupy jakieś i w ogóle. A na dodatek chcemy jeszcze pójść wcześniej spać, żeby być wypoczętymi na jutrzejszy dzień, zwłaszcza, że wylot z Warszawy mamy o szóstej rano, co powoduje, że na lotnisku musimy być w środku nocy, a trzeba jeszcze wstać i się pozbierać. brrr. Na dodatek pogoda zrobiła się taka co najmniej do dupy i nie nastraja pozytywnie do czynności przygotowawczych. Może się poprawi.
Poproszę Michasia, żeby potem, jak będzie miał chwilę, skrobnął plan wyjazdu, bo sam ciągle się gubię w trasie - jest dość rozbudowana i skomplikowana, z mnóstwem przystanków, antraktów i części pobocznych. W miarę możliwości będziemy zaznaczać trasę na mapie. Konto do zdjęć jest już przygotowane, postaram się aktualizować na bieżąco, pewnie też będę wrzucał jakieś fotki z trasy zrobione komórką.
W ogóle to zachwycony jestem postępem technologicznym, bo dzięki niemu będziemy mogli być w kontakcie ze światem, rodziną i znajomymi. WiFi w hostelach, internet przez sieć komórkową, podręczny laptop... szał ciał i uprzęży.
Poproszę Michasia, żeby potem, jak będzie miał chwilę, skrobnął plan wyjazdu, bo sam ciągle się gubię w trasie - jest dość rozbudowana i skomplikowana, z mnóstwem przystanków, antraktów i części pobocznych. W miarę możliwości będziemy zaznaczać trasę na mapie. Konto do zdjęć jest już przygotowane, postaram się aktualizować na bieżąco, pewnie też będę wrzucał jakieś fotki z trasy zrobione komórką.
W ogóle to zachwycony jestem postępem technologicznym, bo dzięki niemu będziemy mogli być w kontakcie ze światem, rodziną i znajomymi. WiFi w hostelach, internet przez sieć komórkową, podręczny laptop... szał ciał i uprzęży.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























