czwartek, 2 września 2010

Glasgow, Scottish Lowlands i obiekty zapomniane

no to jesteśmy w Szkocji i, zgodnie z przewidywaniami, nie zawsze rozumiemy, co się do nas mówi. póki to my inicujemy rozmowę, nie jest źle, ale gry ktoś nas zaskoczy, bywa żenująco. mamy nadzieję, że osłuchanie się ze szkockim akcentem zajmie nam mniej niż tydzień, bo w przybliżeniu tyle czasu spędzimy w tej części wyspy. Grzesiek prosił mnie o przygotowanie mapki obrazującej nasze plany; niestety przed wyjazdem nie było na to czasu, teraz zaś nie ma takiej możliwości, ponieważ łączenie się z internetem (żeby pobrać mapkę.) zużywa baterię i komputera, i telefonu Grześka, który służy za modem. pierwszą naszą czynnością po przybyciu do Glasgow było, oczywiście, zasięgnięcie języka w informacji turystycznej, gdzie skierowano nas do galerii handlowej wyposażonej w salon T-Mobile. (Grzesiek jeszcze w Polsce ustalił, że oferta tej sieci najlepiej odpowiada naszym potrzebom.) mapka zatem powstanie w późniejszym terminie, prawdopodobnie wieczorem w hostelu, zamiast czytania do poduszki. dziś wprawdzie nie przewidujemy problemów z zaśnięciem, bowiem jesteśmy na nogach od wpół do czwartej, ale jutro może się udać.

póki co ekscytacja podróżą chroni nas przed zmęczeniem, ale niewątpliwie wieczorem padniemy jak kłody. przespawszy zaledwie kilka godzin, już rano byliśmy półprzytomni, co zaowocowało zostawieniem w lodówce połowy prowiantu. sprawdzając plecak, zapomniałem dopakować banany i bułki z camembertem; ostały nam się tylko słodycze i woda, które nie musiały spędzać nocy w warunkach chłodniczych. no cóż, mamy nadzieję, że Andrzej, którego poprosiliśmy o podlewanie ziół i sprawdzanie skrzynki pocztowej skusi się na ten niespodziankowy piknik. przekąszając, będzie mógł poczytać przewodnik po Londynie, który również udało mi się zostawić, mimo że jeszcze niedawno przywiozłem go do mieszkania z domu w Chyliczkach. na szczęście nasz podstawowy przewodnik, wydawnictwo całościowo traktujące o Wielkiej Brytanii, siedzi w plecaku i nie wyściubia nosa. (chociaż raz już próbował ucieczki, rzucając się z ławki na trawnik poniżej.)

trawniki brytyjskie to, swoją drogą, punkt warty wspomnienia. stereotyp póki co potwierdza się; w przestrzeniach publicznych łaszą się gładkie zielone dywany, króciutko przystrzyżone, po których, oczywiście, można chodzić do woli. trzeba wręcz, ponieważ gdzieniegdzie po prostu nie przewidziano innej możliwości niż marsz po trawie. traktuje się ją po prostu jak zwykłą nawierzchnię, a najpiękniejsza znajduje się na polach golfowych. sama Szkocja jest bardzo zielona, a duże jej połacie niezadrzewione; dokładnie tak, jak przedstawiane to jest w ekranizacjach klasycznych angielskich powieści. bardzo tu sielankowo, lubimy to. i nie pomyliliśmy się sądząc pół roku temu, że maderyjski Cypel Świętego Wawrzyńca kojarzy nam się ze Szkocją. to bardzo podobny, łagodnie falujący teren pokryty soczystą niską roślinnością, która wraz ze wzrostem wysokości przechodzi w rudość skał. ponadto również na Maderze popularnością cieszy się golf. zdaje się, że Grzesiek zamieścił na tym blogu galerie zdjęć z naszych poprzednich podróży, możecie więc na własne oczy sprawdzić podobieństwo Madery do Szkocji.

ale nie wyprzedzajmy faktów. po pobudce o nienaturalnie wczesnej porze, dzięki uprzejmości Darka i Hondy Fanaberii dotarliśmy na Okęcie, odprawiliśmy się bez większych problemów i uzupełniliśmy prowiant o lotniskowe kanapki warte piętnaście złotych za sztukę. (w ten sposób zaczęliśmy przywykać do sporych wydatków. ceny w Wielkiej Brytanii są w przeliczeniu na polskie zarobki dość zabójcze, ale nie zamierzamy sobie skąpić. to przecież wakacje.) na pokładzie próbowałem złapać jeszcze trochę snu, ale układanie się w różnych pozycjach poskutkowało tylko tym, że drętwiała mi ręka albo noga, w dodatku zaprasowałem sobie skraj irokeza w buńczuczne kukuryku. obawy, że Wizz Air - jako tani przewoźnik - okaże się, cóż, tani i nieprzyjemny, nie sprawdziły się. również obsługa na Glasgow Prestwick była bardzo sprawna i już po chwili byliśmy w pociągu do miasta wraz z mieszkańcami przedmieść dojeżdżającymi do pracy. dopiero zaczynali dzień, dla nas była to zaś szósta jego godzina. w Glasgow niezbędne zakupy i kilkugodzinny spacer; wybraliśmy wycieczkę nad rzekę zamiast starożytnej katedry świętego Munga - może uda się ją zobaczyć, gdy za kilka dni znowu będziemy przesiadać się w tym miejscu. Glasgow nosi ślady dziewiętnastowiecznego przepychu, stare śródmieście jest oszałamiające, ale już niedaleko - właśnie nad stoczniową rzeką Clyde - widać jego późniejszą biedę, z której miasto dźwignęło się dopiero w ostatnich dekadach.

krótko po południu ruszyliśmy na wschód, w poprzek szkockich Lowlands, z zamiarem zakończenia dnia wizytą u mojej koleżanki z liceum, mieszkającą obecnie w Edynburgu. Lowlands to - w przeciwieństwie do Highlands - bardziej zanglicyzowana południowa część Szkocji. język gaelicki jest tu rzadziej używany (chociaż widzieliśmy dwujęzyczne napisy!), a i krajobraz odpowiada temu angielskiemu: niziny łagodnie falują pośród meandrujących rzek, krowy i owce wylegują się na pastiwskach wokół kęp potężnych drzewa jak z obrazka, no sielanka! jednak na bliższym i dalszym horyzoncie wielokrotnie widzieliśmy już góry (no dobrze, wzgórza.), znamionujące obecność tej drugiej, surowszej Szkocji, do której wybieramy się już w sobotę. dziś tymczasem zajechaliśmy na stację Camelon, skąd podreptaliśmy osiedlem bliźniaków nad przecinający wyspę ze wschodu na zachód kanał, aby zobaczyć położone na jego bocznej odnodze Falkirk Wheel. możecie obejrzeć je na zdjęciu w poprzednim wpisie. jest to jedyna, zapewne, w swoim rodzaju śluza działająca na mechanizmie kołowym; łodzie wpływają do wypełnionych wodą gondoli umieszczonych na średnicy ogromnego koła, które następnie obraca się, przenosząc górną gondolę na dół, a dolną na górę. zbiorniki dla statków również obracają się na łożyskach, niezmiennie zachowując poziom. ów wytwór wyuzdanej inżynierii pełni głównie funkcję turystyczną, windując wycieczki, ale jego skala i unikalność zagwarantowały mu miejsce w naszej podróży.

następnie cofnęliśmy się na północny zachód, do Stirling, zaskakująco zachwycającego kamiennego miasteczka, nad którym góruje dawny królewski zamek. sama budowla nie jest imponująca, ale roztacza się z niej wspaniały widok na dachy domów, wiktoriański cmentarz, odległe pola, kamienny most i podobnie filmowe obrazki. wszystko to skąpane w mocnym słońcu, bowiem nie tylko do Polski wróciła dziś pogoda. (z tego powodu ugotowałem się w czapce, z której pomocą próbowałem zaprasować niesforne kukuryku.) szczególne wrażenie zrobiła na nas stercząca z sąsiedniego wzgórza zrujnowana wieża, która zdaje się być dziewiętnastowiecznym pomnikiem wystawionym bohaterowi Williamowi Wallace'owi. doprawdy, Oko Saurona jak ulał.

większa część tego wpisu powstała w pociągu do Edynburga, dokąd ruszyliśmy ze Stirling. od godziny jesteśmy w hostelu, schniemy po prysznicu i zaraz biegniemy oglądać miasto z bliska - no i spotkać się z Magdą. jak dotąd najbardziej zainteresował nas nie słynny zamek, ale biegnący nieopodal wiadukt przerzucony nad dworcem Waverley w taki sposób, że przęsła wyłaniają się z czwartej kondygnacji budynków flankujących stację. jutro zrobimy zdjęcia, na razie zaś znikamy. notkę zapewne zamieścimy od Magdy, bądź później z hostelu.

aha, i rzeczywiście mówią w pociągach "please mind the gap"; nie tylko w metrze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz