czyli wszystko, o czym zapomniałem pisząc pierwszą notkę z amerykańskiej ziemi. wymieniając lokalną zwierzynę zapomniałem, oczywiście, o czymś, co przebiło króliki z Edynburga, a konkretnie o sowach z Inverness, wystawionych przez lokalne towarzystwo pomocy ptakom na sobotnim jarmarku. dwa puchacze (bądź inne wielkie sowy z puchatymi stopami.) ozdobione tabliczką z ostrzeżeniem dla właścicieli psów. psy należy trzymać z daleka, bo sowy to ptaki drapieżne. były wielkości indyka, więc mały pies mógłby rzeczywiście ucierpieć.
widzieliśmy też lamy, ale bez ostrzeżenia. kolejne powiązanie z Ameryką. jest też sporo czapli, w ogóle ptaków. w dolinie Glen Carron widzieliśmy też zwierzynę płową, biegła wzdłuż torów.
teraz jest trochę po południu, idziemy z Portree, gdzie mieszkamy w starej poczcie przerobionej na schronisko, do oddalonego o dziesięć kilometrów na północ klifu z kilkoma ostańcami u podnóża - Old Man of Storr. zrobiliśmy postój pod wodospadem; Tygrys szaleje ze statywem. (plecak na drobiazgi do aparatu prawie sturlał się do strumienia.) w dole faluje loch, a z góry beczą na nas barant. mamy tylko jedną butelkę wody; kiedy się skończy, napełnimy ją w jednym z potoków. na zmianę chmurzy się i świeci słońce.
pierwotnie planowaliśmy objechać całą wyspę autobusami, ale tu prawie nic nie jeździ, a już szczególnie w niedzielę. wczoraj udało nam się przegapić ostatni autobus do Portree z dworca w Kyle of Lochalsh, mogliśmy dojechać tylko do Broadford w połowie drogi. zmyliła nas obecność w rozkładzie późniejszych połączeń do Portree, które po sprawdzeniu pekaesowskich przypisów okazały się jeździć tylko w lipcu i sieprniu. bez problemu pokonaliśmy resztę drogi stopem, inaczej musielibyśmy czekać dwie godziny na autobus dalekobieżny jadący aż z Glasgow, w dodatku bilet kosztowałby bezsensowne pieniądze. tymczasem nie zdążyliśmy nawet raz zamachać, a już zatrzymał się wóz, który zabrał nas kawałek w dobrym kierunku.
jutrzejszy rozkład komunikacji jest nieco lepszy, ale musimy zacząć wracać, nie będzie więc czasu na ekskursje. zwiedzimy resztę wyspy serią przystanków w drodze na prom, którym opuścimy Skye. we wtorek o szóstej rano musimy wsiąść w pociąg w miejscowości po drugiej stronie cieśniny. na razie zaś będziemy iść dalej na północ, a potem z powrotem do miasteczka. kupiliśmy makaron na kolację, którą ugotujemy w ogromnej kuchni. hostel w ogóle jest ciekawy, dotyczy to szczególnie kolorów. nasz pokój jest limonkowo-fioletowy, obok jest korytarz pomidorowy, a wyższe piętro jest lawendowe. za oknem morze, rude wodorosty odsłonięte przez odpływ, grzebią w nich mewy w poszukiwaniu morskich żyjątek. sam muszę zjeść jakieś morskie żyjątka, może w poniedziałek uda mi się znaleźć dobre przegrzebki.
a teraz już naprawdę powinniśmy iść dalej.
(wrzucone po powrocie z wycieczki, przed kolacją. do ciekawej zwierzyny doliczam skameniałe odciski amonitów na plaży.)
widzieliśmy też lamy, ale bez ostrzeżenia. kolejne powiązanie z Ameryką. jest też sporo czapli, w ogóle ptaków. w dolinie Glen Carron widzieliśmy też zwierzynę płową, biegła wzdłuż torów.
teraz jest trochę po południu, idziemy z Portree, gdzie mieszkamy w starej poczcie przerobionej na schronisko, do oddalonego o dziesięć kilometrów na północ klifu z kilkoma ostańcami u podnóża - Old Man of Storr. zrobiliśmy postój pod wodospadem; Tygrys szaleje ze statywem. (plecak na drobiazgi do aparatu prawie sturlał się do strumienia.) w dole faluje loch, a z góry beczą na nas barant. mamy tylko jedną butelkę wody; kiedy się skończy, napełnimy ją w jednym z potoków. na zmianę chmurzy się i świeci słońce.
pierwotnie planowaliśmy objechać całą wyspę autobusami, ale tu prawie nic nie jeździ, a już szczególnie w niedzielę. wczoraj udało nam się przegapić ostatni autobus do Portree z dworca w Kyle of Lochalsh, mogliśmy dojechać tylko do Broadford w połowie drogi. zmyliła nas obecność w rozkładzie późniejszych połączeń do Portree, które po sprawdzeniu pekaesowskich przypisów okazały się jeździć tylko w lipcu i sieprniu. bez problemu pokonaliśmy resztę drogi stopem, inaczej musielibyśmy czekać dwie godziny na autobus dalekobieżny jadący aż z Glasgow, w dodatku bilet kosztowałby bezsensowne pieniądze. tymczasem nie zdążyliśmy nawet raz zamachać, a już zatrzymał się wóz, który zabrał nas kawałek w dobrym kierunku.
jutrzejszy rozkład komunikacji jest nieco lepszy, ale musimy zacząć wracać, nie będzie więc czasu na ekskursje. zwiedzimy resztę wyspy serią przystanków w drodze na prom, którym opuścimy Skye. we wtorek o szóstej rano musimy wsiąść w pociąg w miejscowości po drugiej stronie cieśniny. na razie zaś będziemy iść dalej na północ, a potem z powrotem do miasteczka. kupiliśmy makaron na kolację, którą ugotujemy w ogromnej kuchni. hostel w ogóle jest ciekawy, dotyczy to szczególnie kolorów. nasz pokój jest limonkowo-fioletowy, obok jest korytarz pomidorowy, a wyższe piętro jest lawendowe. za oknem morze, rude wodorosty odsłonięte przez odpływ, grzebią w nich mewy w poszukiwaniu morskich żyjątek. sam muszę zjeść jakieś morskie żyjątka, może w poniedziałek uda mi się znaleźć dobre przegrzebki.
a teraz już naprawdę powinniśmy iść dalej.
(wrzucone po powrocie z wycieczki, przed kolacją. do ciekawej zwierzyny doliczam skameniałe odciski amonitów na plaży.)
Zrób koniecznie zdjęcia hostelu - bo z opisu brzmi aż nadto apetycznie:) Smacznego w związku z kolacją:)lucy
OdpowiedzUsuń