Praski wyjazd długo-majowo-weekendowy zaowocował pomysłem wyjazdu dłuższego, wakacyjnego, gdzieś w Europę. Łuki jako kierowca i użyczyciel pojazdu, my jako radosne towarzystwo i pijawki. Jak widać, nasze skąpstwo nie pozwala nam na komfort posiadania własnego pojazdu czterokołowego, nie wspominając o prawie jazdy.
W każdym razie, w ostatni weekend udało się ustalić w miarę ogólny zarys wycieczki, czasokres wyjazdu i co właściwie chcemy i gdzie. Znaczy, to ostatnie to tak na zasadzie, że "o, tu wygląda fajnie, a ta miejscowość się fajnie nazywa, a jak byłem tu i tu w 1375 roku to jadłem tam lody i było fajnie ale nic nie pamiętam".
Więc. Jedziemy do Włoch. Konkretnie do północnych Włoch. Po drodze zahaczając o Wiedeń, Lichtenshtein i kilka innych miejsc. Michaś i Łuki będą planować mniej więcej trasę. Bo w ogóle to pomysł jest taki, że jedziemy na żywioł - jak nam się coś spodoba to stajemy i oglądamy/zwiedzamy/kradniemy. Może weźmiemy namiot, żeby zaoszczędzić na noclegach - w końcu będzie lipiec, pełnia sezonu i raczej przed śniegiem się ukrywać nie będziemy mieli potrzeby.
Ah, no bo wyjazd jest w lipcu, gdzieś koło 12-tego, na jakieś dwa tygodnie. I na pewno będziemy wtedy aktualizować nasz podróżny dzienniczek.
Grzesiek
tu byliśmy
dziennik podróży M&G po świecie
środa, 15 czerwca 2011
środa, 22 września 2010
Krzyż zabrali, pan od pękniętego monolitu kandyduje, a nas wtedy nie było!
serdecznie przepraszamy miasto Łódź za nieprzyjemne komentarze wygłaszane pod jego adresem podczas niemal godzinnej jazdy [z przesiadką] z lotniska na dworzec. zjadliwość naszych osądów była oczywiście wynikiem szoku kulturowego po przylocie z Wielkiej Brytanii.
linii Ryanair nie przepraszamy.
linii Ryanair nie przepraszamy.
wtorek, 21 września 2010
niedziela, 19 września 2010
Benedykt znienacka
wydawałoby się, że mieszkając na przedmieściach uda nam się nie być w centrum wydarzeń, ale nie. papież przyjechał naszym śladem i odprawia mszę dwa kilometry stąd. ciekawe, czy wpadniemy przez to w korki.
sobota, 18 września 2010
Znowu na północ
byliśmy dziś na lotnisku Gatwick, ale to jeszcze nie powrót. po prostu przesiadaliśmy się tam z pociągu z Brighton w pociąg do Reading.
obudziliśmy się nieopodal kredowych klifów Sussex, idziemy spać w środkowej, przemysłowej części Anglii, ponad dwieście kilometrów na północ. jesteśmy w Birmingham, u Lorny i Verna, znajomych Grześka. zostaniemy tu już do końca, czyli do środy. aczkolwiek urządzimy sobie jednodniową wycieczkę do Walii.
Lorna jest obezwładniająco gościnna. zjedliśmy już dwie kolacje, z czego jedna składała się wyłącznie z deseru. gorący, parujący pudding z kusztardą, mniam. jesteśmy napchani jak po Wigilii. ponadto czeka nas w ostatnich dniach wiele ruchu, Lorna zaplanowała dla nas masę dodatkowych atrakcji.
przez większość dnia włóczyliśmy się po Oksfordzie. jedno z najbogatszych skupisk gotyku na świecie, ale mamy już przesyt i nie zrobiło na nas takiego wrażenia. poszczególne detale są arcyciekawe, ale całość jest tak przeładowana, że zlewa się ze sobą. udało nam się za to zobaczyć nowy rodzaj sklepień, których wcześniej nigdzie nie uświadczyliśmy. gapiliśmy się w sufit katedry przez dobre dziesięć minut.
a teraz wracam do oglądania jednym okiem uroczystej zmiany warty na zamku w Edynburgu. już dwa tygodnie temu widzieliśmy trybuny szpecące zewnętrzny dziedziniec, ustawione specjalnie na tę okazję. komentarz jest po gaelicku.
obudziliśmy się nieopodal kredowych klifów Sussex, idziemy spać w środkowej, przemysłowej części Anglii, ponad dwieście kilometrów na północ. jesteśmy w Birmingham, u Lorny i Verna, znajomych Grześka. zostaniemy tu już do końca, czyli do środy. aczkolwiek urządzimy sobie jednodniową wycieczkę do Walii.
Lorna jest obezwładniająco gościnna. zjedliśmy już dwie kolacje, z czego jedna składała się wyłącznie z deseru. gorący, parujący pudding z kusztardą, mniam. jesteśmy napchani jak po Wigilii. ponadto czeka nas w ostatnich dniach wiele ruchu, Lorna zaplanowała dla nas masę dodatkowych atrakcji.
przez większość dnia włóczyliśmy się po Oksfordzie. jedno z najbogatszych skupisk gotyku na świecie, ale mamy już przesyt i nie zrobiło na nas takiego wrażenia. poszczególne detale są arcyciekawe, ale całość jest tak przeładowana, że zlewa się ze sobą. udało nam się za to zobaczyć nowy rodzaj sklepień, których wcześniej nigdzie nie uświadczyliśmy. gapiliśmy się w sufit katedry przez dobre dziesięć minut.
a teraz wracam do oglądania jednym okiem uroczystej zmiany warty na zamku w Edynburgu. już dwa tygodnie temu widzieliśmy trybuny szpecące zewnętrzny dziedziniec, ustawione specjalnie na tę okazję. komentarz jest po gaelicku.
piątek, 17 września 2010
czwartek, 16 września 2010
Londyn na wakacjach
cztery i pół dnia w Londynie minęły jak z bicza strzelił. złaziliśmy większość miejsc, które chcieliśmy zobaczyć, ale na wszystko nie starczyło czasu. zresztą im dłużej tam byliśmy, tym więcej pojawiało się potencjalnych atrakcji. nie będę dokładnie opisywać, bo za długo by wyszło, zresztą Londyn każdy zna. zatem skrótowo.
unikaliśmy najbardziej obleganych zabytków, nie tylko ze snobizmu. niektóre ^obowiązkowe punkty programu^ kosztują więcej niż nocleg, obserwowaliśmy je zatem głównie z zewnątrz. nadrabialiśmy innymi przyjemnościami, na przykład kolacją w restauracji nad Tamizą z widokiem na kopułę Świętego Pawła. albo odnalezieniem włoskiej knajpki, w której Grześkowi bardzo podobało się pięć lat temu; musieliśmy przejść niemal wszystkie uliczki Soho, by ją wypatrzeć.
bezlitośnie korzystaliśmy też z muzeów, które w większości są w Londynie darmowe. oczywiście ciągnęło mnie do British Museum, skarbca drogocenności wykradzionych przez Imperium ze wszystkich części świata. marmury z Partenonu przereklamowane, szczególnie w porównaniu z berlińskim Pergamonem (też kradziony.), natomiast galeria meksykańska i azjatycka zapierają dech w piersiach.
metro fajne, ogólnie transport publiczny niesamowity, ale nie sposób połapać się w tabelach, strefach i cennikach. za to świetne wrażenie robią zabytkowe schody w metrze, zresztą zabytki w Londynie są świetnie zadbane. nowe budynki też robią wrażenie; architektonicznie zawsze stawiali na efekt. ostatniego dnia pobytu śmignęliśmy w drodze na dworzec obejrzeć przepiękne bloki na osiedlu Barbican.
a teraz jesteśmy w Brighton, mieście na południowym wybrzeżu, które jest niemal przedmieściem Londynu. jechaliśmy tam pociągiem, ale nie wykorzystywaliśmy dnia Interrail (karnet pozwala nam przejeździć tylko osiem dni w ciągu miesiąca.), ponieważ udało nam się kupić z wyprzedzeniem bilety po trzy i trzy czwarte funta, czyli mniej niż śniadanie w pubie. zaoszczędzony dzień wykorzystamy na jutrzejszą wizytę w Oksfordzie w drodze z Brighton do Birmingham.
Brighton na poprzednim przełomie wieków było letnią stolicą królestwa i do dziś trzyma się go poświata dawnej chwały. niesamowicie podoba mi się tutejszy klimat; miasto wygląda jak spokojna, kameralna wersja Londynu, całkowicie przestawiona na wakacyjny tryb życia. wszystkie budynki to domki letniskowe, kamienice letniskowe, pałace letniskowe; ganki, werandy, żeliwne balkony, białe elewacje. senne uliczki krzyżują się z szerokim bulwarem nad plażą, po schodach można zejść nad morze, gdzie z rozległej kamienistej plaży wyrasta ogromne, idealnie odpustowe molo z wesołym miasteczkiem na końcu. widać stamtąd ażurową konstrukcję poprzedniego mola, pozostawioną po pożarze na wieczną pamiątkę upadłej chwały. niesamowite.
teraz kończę, ponieważ będziemy zamęczać Asię, która ze swoim chłopakiem Marcinem nas gości, zdjęciami z całej podróży. na razie mamy tysiąc trzysta fotografii.
unikaliśmy najbardziej obleganych zabytków, nie tylko ze snobizmu. niektóre ^obowiązkowe punkty programu^ kosztują więcej niż nocleg, obserwowaliśmy je zatem głównie z zewnątrz. nadrabialiśmy innymi przyjemnościami, na przykład kolacją w restauracji nad Tamizą z widokiem na kopułę Świętego Pawła. albo odnalezieniem włoskiej knajpki, w której Grześkowi bardzo podobało się pięć lat temu; musieliśmy przejść niemal wszystkie uliczki Soho, by ją wypatrzeć.
bezlitośnie korzystaliśmy też z muzeów, które w większości są w Londynie darmowe. oczywiście ciągnęło mnie do British Museum, skarbca drogocenności wykradzionych przez Imperium ze wszystkich części świata. marmury z Partenonu przereklamowane, szczególnie w porównaniu z berlińskim Pergamonem (też kradziony.), natomiast galeria meksykańska i azjatycka zapierają dech w piersiach.
metro fajne, ogólnie transport publiczny niesamowity, ale nie sposób połapać się w tabelach, strefach i cennikach. za to świetne wrażenie robią zabytkowe schody w metrze, zresztą zabytki w Londynie są świetnie zadbane. nowe budynki też robią wrażenie; architektonicznie zawsze stawiali na efekt. ostatniego dnia pobytu śmignęliśmy w drodze na dworzec obejrzeć przepiękne bloki na osiedlu Barbican.
a teraz jesteśmy w Brighton, mieście na południowym wybrzeżu, które jest niemal przedmieściem Londynu. jechaliśmy tam pociągiem, ale nie wykorzystywaliśmy dnia Interrail (karnet pozwala nam przejeździć tylko osiem dni w ciągu miesiąca.), ponieważ udało nam się kupić z wyprzedzeniem bilety po trzy i trzy czwarte funta, czyli mniej niż śniadanie w pubie. zaoszczędzony dzień wykorzystamy na jutrzejszą wizytę w Oksfordzie w drodze z Brighton do Birmingham.
Brighton na poprzednim przełomie wieków było letnią stolicą królestwa i do dziś trzyma się go poświata dawnej chwały. niesamowicie podoba mi się tutejszy klimat; miasto wygląda jak spokojna, kameralna wersja Londynu, całkowicie przestawiona na wakacyjny tryb życia. wszystkie budynki to domki letniskowe, kamienice letniskowe, pałace letniskowe; ganki, werandy, żeliwne balkony, białe elewacje. senne uliczki krzyżują się z szerokim bulwarem nad plażą, po schodach można zejść nad morze, gdzie z rozległej kamienistej plaży wyrasta ogromne, idealnie odpustowe molo z wesołym miasteczkiem na końcu. widać stamtąd ażurową konstrukcję poprzedniego mola, pozostawioną po pożarze na wieczną pamiątkę upadłej chwały. niesamowite.
teraz kończę, ponieważ będziemy zamęczać Asię, która ze swoim chłopakiem Marcinem nas gości, zdjęciami z całej podróży. na razie mamy tysiąc trzysta fotografii.
środa, 15 września 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)






