czwartek, 16 września 2010

Londyn na wakacjach

cztery i pół dnia w Londynie minęły jak z bicza strzelił. złaziliśmy większość miejsc, które chcieliśmy zobaczyć, ale na wszystko nie starczyło czasu. zresztą im dłużej tam byliśmy, tym więcej pojawiało się potencjalnych atrakcji. nie będę dokładnie opisywać, bo za długo by wyszło, zresztą Londyn każdy zna. zatem skrótowo.

unikaliśmy najbardziej obleganych zabytków, nie tylko ze snobizmu. niektóre ^obowiązkowe punkty programu^ kosztują więcej niż nocleg, obserwowaliśmy je zatem głównie z zewnątrz. nadrabialiśmy innymi przyjemnościami, na przykład kolacją w restauracji nad Tamizą z widokiem na kopułę Świętego Pawła. albo odnalezieniem włoskiej knajpki, w której Grześkowi bardzo podobało się pięć lat temu; musieliśmy przejść niemal wszystkie uliczki Soho, by ją wypatrzeć.

bezlitośnie korzystaliśmy też z muzeów, które w większości są w Londynie darmowe. oczywiście ciągnęło mnie do British Museum, skarbca drogocenności wykradzionych przez Imperium ze wszystkich części świata. marmury z Partenonu przereklamowane, szczególnie w porównaniu z berlińskim Pergamonem (też kradziony.), natomiast galeria meksykańska i azjatycka zapierają dech w piersiach.

metro fajne, ogólnie transport publiczny niesamowity, ale nie sposób połapać się w tabelach, strefach i cennikach. za to świetne wrażenie robią zabytkowe schody w metrze, zresztą zabytki w Londynie są świetnie zadbane. nowe budynki też robią wrażenie; architektonicznie zawsze stawiali na efekt. ostatniego dnia pobytu śmignęliśmy w drodze na dworzec obejrzeć przepiękne bloki na osiedlu Barbican.

a teraz jesteśmy w Brighton, mieście na południowym wybrzeżu, które jest niemal przedmieściem Londynu. jechaliśmy tam pociągiem, ale nie wykorzystywaliśmy dnia Interrail (karnet pozwala nam przejeździć tylko osiem dni w ciągu miesiąca.), ponieważ udało nam się kupić z wyprzedzeniem bilety po trzy i trzy czwarte funta, czyli mniej niż śniadanie w pubie. zaoszczędzony dzień wykorzystamy na jutrzejszą wizytę w Oksfordzie w drodze z Brighton do Birmingham.

Brighton na poprzednim przełomie wieków było letnią stolicą królestwa i do dziś trzyma się go poświata dawnej chwały. niesamowicie podoba mi się tutejszy klimat; miasto wygląda jak spokojna, kameralna wersja Londynu, całkowicie przestawiona na wakacyjny tryb życia. wszystkie budynki to domki letniskowe, kamienice letniskowe, pałace letniskowe; ganki, werandy, żeliwne balkony, białe elewacje. senne uliczki krzyżują się z szerokim bulwarem nad plażą, po schodach można zejść nad morze, gdzie z rozległej kamienistej plaży wyrasta ogromne, idealnie odpustowe molo z wesołym miasteczkiem na końcu. widać stamtąd ażurową konstrukcję poprzedniego mola, pozostawioną po pożarze na wieczną pamiątkę upadłej chwały. niesamowite.

teraz kończę, ponieważ będziemy zamęczać Asię, która ze swoim chłopakiem Marcinem nas gości, zdjęciami z całej podróży. na razie mamy tysiąc trzysta fotografii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz