sobota, 11 września 2010

Na południe, chociaż akurat teraz na północny wschód

po opuszczeniu Szkocji ucierpiała treściwość naszych wpisów, a to dlatego, że znajdujemy się w najintensywniejszym stadium podróży. bardzo dużo czasu spędzamy w pociągach i autobusach, skacząc wzdłuż łańcucha punktów ciągnącego się w poprzek mapy, z północy na południe.

zakończywszy początkowy etap wyprawy poświęcony gapieniu się z rozdziawionymi ustami na górskie krajobrazy, musieliśmy dotrzeć do Londynu, gdzie dla odmiany będziemy tkwić stacjonarnie poznając miasto przez całe pięć dni. (no dobrze, to ja będę poznawać miasto, a Grzesiek robić za przewodnika.) pomiędzy wyjazdem z Mallaig a wjazdem do Londynu postanowiliśmy odwiedzić szereg miejsc, które bardzo chcieliśmy zobaczyć. jeśli nie teraz, prawdopodobnie już nigdy nie mielibyśmy okazji do nich dotrzeć, ponieważ większość z nich to miejsca nieduże i oddalone, nie zebralibyśmy się zatem do zaplanowania wyjazdu specjalnie do nich. spięliśmy się zatem w sobie, nanizaliśmy te miejscowości na naszą trasę, zacisnęliśmy zęby i wskoczyliśmy na pokład pierwszego dalekobieżnego pociągu. w tej chwili jesteśmy w ostatnim dalekobieżnym pociągu tego etapu podróży. właśnie stajemy w Templecombe gdzieś w Dorsecie, Somerset albo Wiltshire; za dwie i pół godziny dotrzemy z Exeter na London Waterloo.

przerwaliśmy relację na żywo we wtorek i w tym miejscu ją podejmę. wtorek był pierwszym dniem wielkiego treku z Highlands na południe, a konkretnie do Warrington na pograniczu Lancashire i Midlands. w tej miejscowości mieszkają Teresa i Marcin, znajomi mojego kolegi Bartka, którzy ugościli nas i pozwolili na jeden wieczór zapomnieć niewygody współdzielonego życia w hostelach. (dzięki! i jeszcze raz wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.)

pierwszą przesiadkę mieliśmy w Glasgow, gdzie pierwszy raz w czasie naszego pobytu porządnie się rozpadało. według Magdy i Roberta z Edynburga deszcz jest naturalnym stanem rzeczy w Glasgow i dziwne było, że w dniu naszego przyjazdu z lotniska świeciło słońce. tym razem Glasgow stanęło na wysokości zadania i siąpiło jak wściekłe. z trudem (wymagało to zwycięstwa w pojedynku na parasole.) namówiłem Grześka, żeby marsz z dworca Queen Street na dworzec Central wydłużyć o kilkaset procent w celu zahaczenia o katedrę. katedra świętego Munga stoi na stoku i rozrasta się w dół, jak kolejne poziomy w Diablo. z górnego kościoła schodzi się do dolnego kościoła, który jest połączony z kryptami, a stamtąd idziemy do kaplic jeszcze niżej, a całą drogę oświetlają nam okna witrażowe. tymczasem na zewnątrz katedralny trawnik jest w istocie cmentarzem, tak gęsto wybrukowanym płytami nagrobnymi, że nie sposób iść między nimi, trzeba po nich. o ile deptanie grobów wpuszczonych w posadzkę wewnątrz nie robi na mnie wrażenia, to na zewnątrz jest to coś nowego.

tymczasem nasz pociąg do Londynu opuścił stację Gillingham i wjeżdża do Tisbury. jesteśmy coraz bliżej! a jeszcze apropo deszczu w Glasgow, program do sprawdzania pogody na telefonie Grześka powitał nas dziś informacją, że pogoda w Warszawie będzie ponura. użył dokładnie tego słowa. rzeczywiście było ponuro?

z Glasgow mogliśmy jechać prosto do Warrington, ale chcieliśmy odwiedzić jedno z większych przemysłowych miast tej okolicy. wybraliśmy portowy Liverpool, który niestety wymagał przesiadki. w drodze do tejże zamieściliśmy notkę wychwalającą świetnie wyposażone w gniazdka i internet pociągi linii Virgin, wspaniale wyróżniające się na tle naszych wcześniejszych przewoźników, no i zemściło się to na nas. Virgin dojechał do Preston dwie minuty po odjeździe pociągu, który miał zabrać nas stamtąd do Liverpoolu. za radą pań z informacji wskoczyliśmy do odjeżdżającego akurat składu do Wigan, skąd jeździ najwięcej pociągów do Liverpoolu, ale gdzie Virgin z niewiadomych przyczyn się nie zatrzymuje. w Wigan wsiedliśmy w pociąg podmiejski, wlokący się w tempie tramwaju, i może to zaważyło na naszym pierwszym wrażeniu z Liverpoolu, który akurat na nasze przybycie się pozamykał, ponieważ było już późno. przy czym "późno" znaczy "po siedemnastej". wszystkie sklepy, puby, restauracje, nawet centra handlowe o siedemnastej trzydzieści zamknęły się na cztery spusty, opuściły żaluzje i poszły spać. również ludzie poznikali z ulic. wyglądało to raczej ponuro. zdążyliśmy zwiedzić modernistyczną katedrę katolicką, anglikańskiego gotyckiego giganta musieliśmy obejrzeć już z zewnątrz, a potem długo krążyliśmy w poszukiwaniu przekąski. po godzinie zadowoliśmy się meksykańskim barem przy wejściu do kina, który chwalił się, że znajduje się wśród pięćdziesięciu najzdrowszych fast foodów w Wielkiej Brytanii. nie wiem, czy to dobra rekomendacja, ale musiała wystarczyć.

a nasz obecny pociag opuścił Salisbury i Grateley, stajemy w Whitchurch. gdzieś po drodze powinno chyba jeszcze być Andover, ale musiało mi umknąć. meandrujemy między szeregiem niewielkich stacji, co wydłuża podróż o godzinę w porównaniu z bezpośrednim pociągiem, ale właśnie ze względu na Salisbury wybrałem dłuższą drogę, dzięki czemu miałem okazję popatrzeć z okna na wieżę tutejszej katedry, najwyższą w Anglii, a przy okazji odchyloną od pionu. wieża ma sto dwadzieścia trzy metry wysokości, a jej fundamenty zagłębione są tylko na jeden procent tej odległości. aż dziw, że przez tyle czasu utrzymały ten ciężar. (za to kolumny we wnętrzu odgięły się na boki, ponieważ są za cienkie na utrzymanie ciężaru dachu. budowniczowie tej katedry zrobili niezłą fuszerkę.) przed Salisbury jechaliśmy przez piękne wzgórza Wiltshire, między którymi schowane jest Stonehenge i inne pobliskie kręgi kamienne. nie będziemy jednak wysiadać z ich powodu z pociągu; musi nam wystarczyć dolmen, który znajduje się w jednej z miejscowości, które planujemy odwiedzić za półtora tygodnia w Walii.

po wymarłym Liverpoolu i bardzo miłym wieczorze z nowymi przyjaciółmi w Warrington wskoczyliśmy rano w pociąg do Jorku. cieszyliśmy się z powrotu pięknej pogody, jednak zaraz po przekroczeniu Penninów (to takie Apeniny północnej Anglii.) wjechaliśmy w uwięzioną za tymi wzgórzami mgłę. na szczęście rozrzedziła się, zanim wysiedliśmy, i zastąpiło ją letnie słońce. mamy tu wyjątkowe szczęście do pogody. a nawet w zimne dni jest cieplej i ładniej niż w Polsce. nie inaczej było w Jorku, spacer był tak przyjemny, że postanowiliśmy zostać dłużej, rezygnując z przystanku w Oksfordzie, który spokojnie możemy odwiedzić też później, w drodze z Brigton do Birmingham. poszliśmy za to do fantastycznego muzeum kolei, w którym stoi cała galeria lokomotyw, japoński superszybki pociąg i królewskie salonki od czasów Wiktorii po wczesną Elżbietę. piękne miejsce, obudzili się w nas mali chłopcy.

teraz wyjechaliśmy z Overton i Basingstoke i zaszło słońce. z użyciem komórki planujemy, jak dostać się z dworca Waterloo do londyńskiego mieszkania Doroty, u której zatrzymamy się na początku. następna stacja to Woking, a zaraz potem przekraczamy pierwszą obwodnicę Londynu.

zatem bez przystanku w Oksfordzie wyjechaliśmy z Jorku do Bristolu, najpierw w poprzek przemysłowej środkowej Anglii, potem przez zielone Gloustershire wciśnięte między Walię a wzgórza Cotswolds. dotarliśmy na miejsce wieczorem, przed nami był długi marsz do hostelu w południowej części miasta, a do mnie dotarło wreszcie, że moje świeżo kupione tuż przed wyjazdem buty raczej już się nie rozejdą i bąble na stopach zostaną częścią wspomnień z tej podróży. zgniotłem stopy na miazgę, co szczególnie uwydatnia się pod ciężarem megaplecaka turystycznego. (jesteśmy spakowani w jeden mały plecak, który bierzemy na miasto i drugi wielki plecak, który staramy się zostawiać w hostelach, gdy tylko to możliwe.)

hostele w Bristolu to w ogóle oddzielna historia. dużą część pobytu w Jorku zajęły nam próby zarezerwowania noclegu w Bristolu, przez telefon oraz internet, bez szczególnego powodzenia. a to hostel miał fatalne recenzje, a to wszystkie miejsca zajęte, a to szalone ceny, które w dodatku rosły tym bardziej, im bliżej byliśmy złożenia rezerwacji. w końcu udało się i myśleliśmy, że to już koniec nerwów, ale na miejscu okazało się, że koszmarnie nierozgarnięty recepcjonista ma trudności z opanowaniem zawiłości systemu rezerwacyjnego i nie obyło się bez telefonu do kierownika. sam hostel też był zabawny, szczególnie kuchnia, która kiedyś musiała być kuchnią restauracji, była bowiem przerażająco przemysłowa i dość zapuszczona, więc po pierwszej próbie podgrzania gotowych dań z Tesco postanowiliśmy żywić się na mieście.

następnego dnia, czyli w czwartek, rundka po Bristolu. szczególnie urzekł nas wiszący most, specjalnie dla którego zatrzymaliśmy się w tym mieście, oraz katedra, której zupełnie nie planowaliśmy, ale była w pobliżu i okazała się prześliczna. nasza wyprawa, obok szlaku zabytków inżynierii - jak mosty i dworce - wiedzie ewidentnie szlakiem katedr. pobiegaliśmy też po przebudowanych niedawno nabrzeżach Bristolu i stwierdziliśmy, że z dotychczas wizytowanych angielskich miast - nie brytyjskich - właśnie to przypadło nam do gustu najbardziej. nie jest szczególnie malownicze, ale wygląda na dobre miejsce do życia. ten wniosek powtórzył się wieczorem, kiedy zgodnie z planem ruszyliśmy na miasto w poszukiwaniu kolacji, a potem spotkaliśmy się na piwo z moim znajomym Jamesem. wieczorami Bristol zyskuje jeszcze bardziej.

późniejsze popołudnie spędziliśmy jednak poza Bristolem z powodu mojej fanaberii. jeszcze niedawno miałem tę starą zieloną encyklopedię Pe_Wu_Enu w trzynastu tomach, i to chyba w niej zobaczyłem kiedyś zdjęcie katedry w Wells z zaskakującymi odwróconymi łukami, dobudowanymi w poprzek nawy dla dodatkowej stabilizacji głównej wieży, która zaczęła się przekrzywiać. (jak widać, fuszerka budowlana nie była zarezerwowana dla Salisbury.) Wells w średniowieczu było ważnym, kilkutysięcznym miastem, ale od tego czasu jego populacja się nie zwiększyła, teraz jest zatem odległym przedmieściem Bristolu. zachowało jednak historyczny urok i jest czarującym miejscem. jeszcze bardziej czarujące jest Glastonbury, gdzie co roku odbywa się szalony festiwal muzyczny, a przez resztę czasu snują się tam hipisi i neopoganie ściągający do miejsca legendarnego pochówku króla Artura. Glastonbury mieni się bowiem Avalonem, a jego centrum wypełniają sklepiki ezoteryczne, gabloty z kryształami, centra terapii duszy i zapach kadzideł. nawet pralnia nazywa się "The Washing Well", co jest grą słów na "wishing well" - "studnia życzeń". w Glastonbury znajdują się ruiny potężnego opactwa, rozwiązanego w czasie reformacji i nigdy już nie przywróconego. podejrzewam, że połowa domów w miasteczku zbudowana jest z kamieni wyłupanych ze ścian kościoła. ruiny to jeden z ulubionych tematów fotograficznych Grześka, nie mogliśmy zatem ich odpuścić, skoro znajdują się tylko kilka kilometrów od Wells. (wcześniej spędziliśmy trochę czasu w ruinach opactwa w Jorku, liczymy trafić na inne zrujnowane rzeczy. a może sami powinniśmy coś rozwalić?)

tymczasem przejechaliśmy przez Woking, teraz chyba już tylko Clapham Junction, a potem London Waterloo i metro i London Liverpool Street i pociąg podmiejski na północ.

dziś zaś na lekkim kacu - Bristol jest naprawdę fajny wieczorem, ale czerwony Guinness to zły pomysł, który nigdy nie powinien zostać wdrożony (Smithwick's za to wręcz przeciwnie!) - i przy lekkiej niepogodzie wyruszyliśmy na południowy zachód, do Devonu, popatrzeć na morze, czerwone klify i miejsca akcji powieści Agathy Christie. w pierwszej połowie dnia wiało i się chmurzyło, ale nasze szczęście do pogody zwyciężyło i w Exeter byliśmy już zgrzani. Plymouth zupełnie nas nie zachwyciło, szczególnie śródmieście przebudowane po wojnie, nie udało nam się również dostrzec na horyzoncie ruin latarni morskiej. (szczęście do pogody miało akurat wtedy wolne.) popatrzyliśmy na statki wychodzące z portu, napiliśmy się herbaty z ciastkiem i wróciliśmy do pociągu. tory między Exeter a Plymouth wiją się u podnóża czerwonego, wulkanicznego klifu, tuż nad wodą, co chwilę znikając w tunelu. jest to szalenie malownicze, lecz dość denerwujące, jeżeli próbuje się złapać zasięg internetu. cały przejazd do Plymouth był motywowany głównie tym, żeby zobaczyć z okien te krajobrazy; dodatkowo udało nam się jechać w jedną stronę podczas przypływu, a wracać przy odpływie.

w Exeter kolejny spacer. miasto również przeszło spore zmiany po wojnie, ale na szczęście nie poszło na całość jak Plymouth. przyjemnie było zobaczyć wreszcie inną kolorystykę niż powtarzający się w dotychczas widzianych miejscach zbiór szarego lub beżowego kamienia, czerwonej cegły i okazjonalnego szorstkiego tynku; Exeter jest bowiem cynobrowe, wycięte z wulkanicznej skały. jest tam czerwony zamek, a przynajmniej jego zachowana brama, jest czerwony most, a właściwie jego zachowany przyczółek, są czerwone kościoły, przynajmniej te, które się nie rozpadły. tylko katedra jest wapienna jak wszystkie inne.

nasz pociąg z Exeter wjeżdża już do Londynu, widać już London Eye, trzeba więc kończyć. może uda się połączyć z internetem i opublikować wpis jeszcze w pociągu. jeżeli nie, zrobimy to z domu Doroty. a w ogóle, to gdzie w Londynie dają jeść, bo w Exeter nie zdążyliśmy kupić kanapek i jesteśmy głodni!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz